JAN GWIAZDOMORSKI


Staje świadek prof. dr Jan Gwiazdomorski, 49 lat, profesor UJ, wyznania rzymskokatolickiego, zam. w Krakowie, [...] w stosunku do oskarżonego obcy.


Przewodniczący: Czy strony zgłaszają jakieś wnioski co do trybu przesłuchania świadka?

Prokuratorzy i obrońcy: Zwalniamy od przysięgi.

Przewodniczący: Świadek będzie zeznawał bez przysięgi. Może pan profesor przedstawi nam chronologicznie bieg wypadków co do sprawy otwarcia Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Świadek: Byłem wówczas delegatem wydziału prawa do senatu akademickiego i wskutek tego brałem udział w naradach nad otwarciem UJ. W drugiej połowie października, 19 października 1939 r. odbyło się posiedzenie Senatu UJ, na którym postanowiliśmy otworzyć uniwersytet: rozpocząć wykłady, seminaria, ćwiczenia. Wychodziliśmy z założenia, że jest to naszym obowiązkiem wobec społeczeństwa. Chcieliśmy zadokumentować, że mimo okupacji, mimo zajęcia państwa polskiego, ziemie, na których żyjemy, są ziemiami polskimi, Kraków jest miastem polskim, a Uniwersytet Jagielloński polskim uniwersytetem. Uważaliśmy za swój obowiązek rozpocząć wykłady w języku polskim. Poza tym uważaliśmy, że jest to naszym obowiązkiem wobec młodzieży akademickiej, żeby zapewnić jej możność dalszego kształcenia, dać jej normalną pracę, a tym samym usunąć niebezpieczeństwo, że ta młodzież, przestając się uczyć, zacznie się zajmować innymi sprawami.

Na wypadek zarzutu ze strony władz niemieckich postanowiliśmy powołać się na rozporządzenie z października, w którym było powiedziane, że wszystkie instytucje, zakłady, przedsiębiorstwa, mają podjąć swoją normalną działalność. Z faktu otwarcia uniwersytetu nie robiliśmy żadnej tajemnicy. Było to niemożliwe choćby z tego powodu, że musiały być ogłoszone wpisy. Nie robiliśmy też żadnej tajemnicy w stosunku do Niemców. U rektora na uniwersytecie zjawił się prof. Schumann. To był szef wydziału nauki w naczelnym dowództwie sił zbrojnych. Przyszedł ze swoim adiutantem, niejakim Mentzlem, także profesorem uniwersytetu i rektor powiedział im, że Uniwersytet Jagielloński będzie otwarty. Uważali to za zupełnie naturalne, tylko mieli wątpliwości, czy będzie miał dość studentów.

Na to rektor dr Matus, obecnie już nieżyjący, odpowiedział, że tylko od władz niemieckich zależy, żeby uniwersytet miał dość studentów. Jeżeli zwolnią jeńców wojennych, to wtedy będzie dość studentów na uniwersytecie.

Rektor Lehr-Spławiński był członkiem Rady Przybocznej w Krakowie. Zawiadomił on o fakcie otwarcia uniwersytetu ówczesnego burmistrza Krakowa Zörnera, który uważał to za rzecz zupełnie jasną i rozumiejącą się sama przez się, a nawet kazał wciągnąć profesorów uniwersytetu na listę. Były wtedy sporządzane listy tych funkcjonariuszy polskich, którzy mieli dalej sprawować swoje funkcje; mieli nawet otrzymywać jakieś pobory. Przyjechał również do Krakowa, jako oficer łącznikowy przy komendzie armii, profesor uniwersytetu we Wrocławiu Hans Koch. On pierwszy złożył wizytę rektorowi Lehr-Spławińskiemu. Także on uważał za naturalne otwarcie uniwersytetu, jakkolwiek wyrażał się ostrożniej. Mówił, że trzeba być bardzo ostrożnym, gdyż zbliża się 11 Listopada i mogą być pewne demonstracje, wobec czego należy w tej sprawie działać z wielką ostrożnością. Powiernikiem dla UJ został ustanowiony pan Sommerkamp. Także i jemu została podana do wiadomości decyzja senatu. Wreszcie rektor starał się o przyjęcie u niejakiego p. Wollsägera. Był to zastępca szefa dystryktu krakowskiego. Jak się potem okazało, rektor zwracał się do niego kilkakrotnie ustnie i pisemnie o przyjęcie, lecz nie otrzymał żadnej odpowiedzi i przyjęty nie został.

Postanowiliśmy otworzyć uniwersytet w ten sposób, że 4 listopada miało odbyć się inauguracyjne nabożeństwo, a 6 [listopada] miały się rozpocząć wykłady. Pod wpływem tego co mówił prof. Koch o niebezpieczeństwie 11 Listopada, postanowiliśmy odroczyć rozpoczęcie wykładów do 13 listopada. Gdyby wykłady 11 listopada już się odbywały, znaleźlibyśmy się w specjalnie trudnej sytuacji. Odwołanie wykładów mogłoby być poczytane za demonstrację, że obchodzimy ten dzień jako święto narodowe. Nieodwołanie wykładów doprowadziłoby do skupienia większej liczby młodzieży na uniwersytecie i istniałaby możliwość demonstracji. Młodzież jest łatwo zapalna i trudno w niej uspokoić odruchy serca i apelować do refleksji rozumowych. Dlatego postanowiliśmy odroczyć rozpoczęcie wykładów.

Rektor został wezwany 3 listopada do Obersturmbannführera Müllera. Został uprzejmie przyjęty i Müller prosił o urządzenie dla niego 6 listopada odczytu dla wszystkich profesorów uniwersytetu, bo on chce przedstawić stosunek narodowego socjalizmu do spraw nauki i do uniwersytetów. Był tak uprzejmy, że pytał, czy to nie koliduje z przepisami uniwersytetu, czy nie będzie wyłamaniem z tradycji uniwersyteckiej. Jednym słowem grał rolę wilka w owczej skórze. Ten odczyt miał się odbyć w poniedziałek, 6 listopada o [godz.] 12.00. Chcę tu podkreślić, że Müller mógł jednym słowem chociażby zwrócić wówczas rektorowi uwagę, że władze niemieckie nie zezwalają na otwarcie uniwersytetu, a wówczas musielibyśmy się ugiąć przed siłą, ale sprawa byłaby załatwiona pod względem przynajmniej formalnym w sposób przyjęty w państwach cywilizowanych. Żadnego ostrzeżenia nie było. Zamiast ostrzeżenia zostaliśmy wciągnięci w pułapkę. 6 listopada o godz. 12.00 przed uniwersytet zajechały policyjne auta ciężarowe, uniwersytet obstawiono kordonem policji porządkowej, zjawiła się duża ilość SS, wreszcie przyjechał także Müller, udał się do gabinetu rektora, tam się zachował bardzo ostro, potem wszedł do sali 66, gdzie miał odbyć się odczyt. Przed salą chwilę się zatrzymał i wszedł wraz z większą grupą SS-manów, w czapkach, z karabinami. Oczywiście to już wywołało przykre wrażenie i zdziwienie, co to będzie. Müller wszedł na katedrę i wygłosił swój odczyt. Zwracam uwagę, że tytuł jego brzmiał „Stosunek naukowego socjalizmu do nauki i do spraw uniwersytetów”. Tekst zaś brzmiał: „Za to, że panowie śmieliście otworzyć uniwersytet bez naszego zezwolenia, że prowadziliście egzaminy bez naszego zezwolenia, za to, że chcecie prowadzić wykłady i seminaria, nie pytając o naszą zgodę, zostaniecie wszyscy przewiezieni do obozu jeńców”. Zwracam uwagę, że on powiedział istotnie „do obozu jeńców”, że to nie była pomyłka. „Uważajcie się za aresztowanych. Panie mogą wyjść, pan rektor może pochód rozpocznie.” Tak wyglądał odczyt o stosunku narodowego socjalizmu do nauki.

Zostaliśmy przewiezieni na Montelupich, gdzie siedzieliśmy 24 godziny. Następnie zostaliśmy przewiezieni do koszar przy ul. Mazowieckiej. Tam dopuszczono dwa lub trzy razy nasze żony, dostaliśmy paczki, a 9 listopada zostaliśmy przewiezieni do Wrocławia. Zasadniczą torturą, jakiej byliśmy poddani, była nieświadomość naszego losu. Tajono przed nami, co się z nami ma stać. Kiedy nas aresztowano, myśleliśmy, że chodzi o to, by nas wziąć jako zakładników na 11 Listopada. Naszym żonom, kiedy nas przyszły odwiedzić 8 listopada, powiedziano, że mogą przyjść także jutro, aby doręczyć paczki, względnie zobaczyć się z nami. Tymczasem było już postanowione i kiedy żony przyszły następnego dnia, nas już nie było, byliśmy już wywiezieni do Wrocławia. Z Mazowieckiej zwolniono kilku kolegów. Zwolniony został wówczas rektor Zoll, który był członkiem Akademii Prawa Niemieckiego. Zostaliśmy wywiezieni do Wrocławia, gdzie nas osadzono w dwóch więzieniach, przy ul. Kletschkauerstrasse i Freibungerstrasse. Nic nie wiedzieliśmy, co się stanie z nami. Na nasze pytania do personelu więzienia dostawaliśmy odpowiedzi wymijające.

Około 20 listopada pozwolono nam napisać do domu, ale i to było znów naigrawaniem się z nas, bo po zwolnieniu dowiedzieliśmy się, że kartki, które pisaliśmy ok. 20 listopada, zostały doręczone naszym rodzinom dopiero po świętach Bożego Narodzenia, kiedy nasze rodziny dostały pierwsze wiadomości, że jesteśmy w Sachsenhausen. Kiedy zostaliśmy wywiezieni do Sachsenhausen, co odbyło się w potwornych warunkach, zatrzymano we Wrocławiu dwóch kolegów. Ci nie mieli jechać do obozu, ale na skutek interwencji mieli zostać zwolnieni. Nie zwolniono ich z Wrocławia, ale kiedy my wyjechaliśmy do Sachsenhausen, ich zatrzymano jeszcze dziesięć dni, tylko po to, by w Krakowie nie dowiedziano się za wcześnie, co się z nami stało. Nasz los był starannie tajony. Szukano nas w Krzeszowicach, chodziły potworne wiadomości o naszym losie. Jaki był cel tego ukrywania, tego nie wiem. Charakterystyczny szczegół. Jak wspomniałem, 9 listopada przewieziono nas do więzienia we Wrocławiu, 10 listopada żony wszystkich profesorów zostały wyrzucone z mieszkań w domach profesorskich, a więc dzień po naszym wyjeździe do Wrocławia. Wszystkie nasze żony (nie mogę tego powiedzieć o mojej żonie, bo w domu profesorskim nie mieszkałem), mieszkające w domach profesorskich, zostały wyrzucone i nie pozwolono im zabrać nic, żadnych mebli. Zagrabiono biblioteki, a nawet odmawiano wydania rękopisów prac naukowych.

Potworne było przewiezienie nas z Wrocławia do Sachsenhausen. Odbywało ono się w takich warunkach, że słabsi koledzy załamywali się kompletnie na duchu. Do Sachsenhausen przyjechaliśmy 28 listopada. My, starsi, zostaliśmy tam do 8 lutego 1940 r. Nikt z nas nie został ani razu przesłuchany. Powody naszego aresztowania były niejasne, bo to, co powiedział Obersturmbanführer Müller, że zostaliśmy aresztowani, ponieważ zamierzaliśmy otworzyć uniwersytet, trudno pogodzić z rzeczywistością – 6 listopada aresztowano na UJ 183 osoby za decyzję otwarcia uniwersytetu. W ścisłym tego słowa znaczeniu, mogło odpowiadać za tę decyzję 19 osób, tj. członkowie senatu akademickiego. Szerzej ujmując, mogliby odpowiadać wszyscy profesorowie zwyczajni i nadzwyczajni. Wśród aresztowanych było nas 68. Jeszcze dalszy krąg – sześciu profesorów honorowych i jeden emerytowany, tj. do tych 68 dodawszy 7, otrzymamy 75 ludzi, którzy mogli odpowiadać za decyzję otwarcia uniwersytetu. Tymczasem aresztowanych zostało 183 ludzi. Czyli 108 osób zostało aresztowanych nie wiadomo za co, wśród nich wszyscy profesorowie Akademii Górniczej, którzy wówczas zupełnie przypadkowo znaleźli się na uniwersytecie.

Zwolniono nas 8 lutego. Zostali zwolnieni wszyscy ci, którzy byli urodzeni w 1899 r. i wcześniej, z wyjątkiem dziesięciu profesorów starszych, imiennie zatrzymanych, m.in. prof. Birkenmajer za pracę o Koperniku i prof. Semkowicz za pracę o polskości Śląska. My zostaliśmy zwolnieni 8 [lutego], wśród nas wszyscy członkowie senatu i prawie wszyscy profesorowie. Zatrzymani jeszcze ok. roku zostali docenci i asystenci, którzy na decyzję otwarcia uniwersytetu nie mieli żadnego wpływu, bo przecież, jeżeli to odgrywałoby rolę, powinni być zatrzymani przede wszystkim członkowie senatu. Trudno się było w tym wszystkim dopatrzeć jakiegokolwiek rozumnego postępowania. Jeżeli chodzi o pobyt w obozie, odwołuję się do książki, którą wydałem drukiem: Wspomnienia z Sachsenhausen. Wszystko, co tam jest napisane, jest ściśle zgodne z prawdą.

Przewodniczący: To jest znane Trybunałowi.

Świadek: Chcę jeszcze dodać, że dążyłem jak najbardziej (przy pisaniu tej książki) do obiektywizmu i zdaje się posunąłem się w tym obiektywizmie za daleko, bo niektórzy z moich kolegów twierdzą, że nie chcąc przejaskrawić, złagodziłem nieco obraz obozu w Sachsenhausen.

Przewodniczący: Czy są pytania do świadka?

Prokurator Cyprian: Czy świadkowi wiadomo o dążeniach na samym początku przejawianych przez władze niemieckie do zniszczenia całej sieci naukowej w Polsce?

Świadek: Znam tylko fakty.

Prokurator Cyprian: Mianowicie?

Świadek: Rozbito uniwersytet, na drugi dzień po naszym aresztowaniu aresztowano bardzo dużą liczbę nauczycieli średnich szkół ogólnokształcących i zawodowych i osadzono ich w Wiśniczu, zniesiono szkoły średnie ogólnokształcące, wprowadzono szkoły tylko na najniższym poziomie.

Prokurator Cyprian: Czy potem doszło do przywrócenia tego szkolnictwa na większą skalę?

Świadek: Na bardzo szeroką skalę, ale w ramach konspiracyjnych, co groziło niesłychanie ciężkimi represjami. W szczególności, jeśli chodzi o uniwersytet, zaczęto prowadzić tajne nauczanie, w którym ogromne zasługi – trudno to nawet słowami określić jak duże – poniósł nieżyjący już prof. Małecki.

Prokurator Cyprian: Czy to nauczanie przybrało takie rozmiary, że prowadzono wykłady i wydawano świadectwa?

Świadek: Wówczas unikano raczej wydawania świadectw i tylko prowadzono naukę.

Prokurator Cyprian: Czy świadkowi wiadomo, że w Krakowie pod pokrywką fachowych szkół średnich prowadzono także naukę uniwersytecką?

Świadek: Pod pokrywką szkół fachowych prowadzono niewątpliwie naukę wchodzącą w zakres szkół średnich ogólnokształcących, to znaczy, że korespondencji handlowej uczono na listach Słowackiego do matki, czyli po prostu uczono literatury polskiej. O tym, żeby w ramach szkół zawodowych prowadzono szkolnictwo uniwersyteckie nie wiem, ale wiem, że Akademia Górnicza prowadziła szkołę górniczą na poziomie uniwersyteckim.

Obrońca Kosiński: Czy panu dziekanowi wiadomy jest stosunek niemieckich władz administracyjnych do kwestii aresztowania profesorów, względnie po fakcie aresztowania?

Świadek: Nie znam tego stosunku, bo nie miałem styczności z władzami administracyjnymi, ale kiedy prof. Zoll został zwolniony, zawieziono go samochodem do gmachu Akademii Górniczej i tam rozmawiał z jakimś Niemcem, który mu się przypomniał, że go zna i zachęcał, że wystara mu się o audiencję u Franka. Prof. Zoll odpowiedział na to, że nie reflektuje na tę audiencję. Urzędnik ten chciał go potem znowu odwieźć samochodem do domu, ale prof. Zoll odmówił.

Tu chciałbym jeszcze dwie rzeczy dodać odnośnie do pobytu w obozie w Sachsenhausen. Gdy przyjechaliśmy do obozu, znaleźliśmy dwie grupy więźniów. Jedna to górnicy polscy z Westfalii, których najlepiej charakteryzuje zdanie prof. Pigonia, że „warto było dostać się do Sachsenhausen, żeby tu poznać się z naszymi rodakami z Westfalii”. Druga grupa to było 1080 studentów czeskich z Pragi. Chcieli oni urządzić 28 października w Pradze uroczysty obchód [brak]. W kilka dni później wszyscy studenci mieszkający w domach akademickich zostali aresztowani i przewiezieni do obozu w Sachsenhausen. Utrzymywaliśmy z nimi stale serdeczne stosunki, dowiadywaliśmy się od nich o warunkach, jakie panują w Czechach. To jest szczegół bardzo charakterystyczny dla stosunku władz niemieckich do spraw kulturalnych narodów podbitych.

Przewodniczący: Czy oskarżony chce złożyć oświadczenie w stosunku do zeznań świadka? Bo przysługuje mu prawo oświadczenia się co do każdego dowodu. Czy oskarżony był już w Krakowie w czasie, gdy profesorowie byli aresztowani?

Oskarżony: Nie, nie byłem jeszcze obecny. Przybyłem do Krakowa dopiero później, a mianowicie w okresie przybycia do Krakowa generalnego gubernatora, który także nie był jeszcze obecny w tym czasie w Krakowie, kiedy profesorowie uniwersytetu zostali aresztowani. Urząd generalnego gubernatora został wprowadzony dopiero po jego przybyciu do Krakowa. Policja uniezależniła się i przed przybyciem ogólnego aparatu generalnego gubernatora była już w Krakowie i własnowolnie przeprowadziła tę akcję przeciwko profesorom uniwersytetu.

Gdy ja dowiedziałem się o tej akcji, wtedy wspólnie z późniejszym gubernatorem Laschem wpłynąłem na generalnego gubernatora w ten sposób, aby starał się o uwolnienie profesorów uniwersytetu. Zwolnienie prof. Zolla powinno być pierwszym krokiem w tej sprawie. W późniejszym czasie gubernator otrzymał ze strony Himmlera pozwolenie zwolnienia większej grupy profesorów. W sprawie tej części profesorów, którzy nie zostali zwolnieni, policja bezpieczeństwa stwierdziła, że przeciwko tym osobom jest materiał, który nie zezwala na zwolnienie. Moje częste starania u gubernatora w celu uwolnienia profesorów znalazły swój oddźwięk w przemówieniu generalnego gubernatora, w którym mówił o nieprzyjemnościach, jakie miał z powodu profesorów krakowskich.

Przewodniczący: Oskarżony powiedział, że podjął interwencję. Czy w stosunku do tych eksmisji z mieszkań, o których świadek zeznał, czy oskarżony wie coś o tym i jaka władza to urządziła – władza policyjna czy cywilna?

Oskarżony: Taka akcja eksmisji z mieszkań jest mi zupełnie nieznana. Dopiero później słyszałem o tym, że te czarne budynki były mieszkaniami profesorów uniwersytetu. Kiedy rodziny profesorów wyrzucono z tych budynków i w jakich warunkach się to odbyło, ta sprawa była mi zupełnie nieznana. Czy akcję tę przeprowadziła wówczas policja czy ówczesne placówki służbowe krakowskie, o tym też nie wiem.

Przewodniczący: Świadek zeznał, że podjęto interwencje w sprawie tych mieszkań i czy one doszły do wiadomości oskarżonego, czy też nie doszły?

Oskarżony: Nie wiedziałem o tym nic. Wiedziałem tylko o poszczególnych interwencjach dotyczących zwolnienia profesorów, ale nie wiedziałem o interwencji dotyczącej mieszkań.

Prokurator Sawicki: Oskarżony twierdzi, że Frank wyraził się, że miał przykrości w związku z wywózką profesorów. Czy oskarżony pamięta to przemówienie czy tylko to jedno zdanie?

Oskarżony: To było bardzo duże przemówienie.

Prokurator Sawicki: Czy Frank potępiał wywózkę, czy powiedział coś innego wtedy? Ja nie pytam oskarżonego, co mówił z Frankiem, tylko – co powiedział Frank na posiedzeniu rządu po wywózce profesorów?

Oskarżony: Posiedzenie, na którym Frank w tej sprawie się oświadczył, było posiedzeniem policyjnym. Jak sobie przypominam, to sprawę tę wyjaśniał tak, aby przypochlebić się policji. Frank wyraził się o tej akcji niekorzystnie, a mianowicie chodziło tutaj o zwolnienie. W ten sposób policja mogła być zdania, że on tylko niechętnie starał się o to zwolnienie.

Prokurator Sawicki: Czy tylko mówił o tym, co było przedtem, czy też może mówił, co należy z tymi profesorami w przyszłości robić?

Oskarżony: Wiem o tym, że wypowiadał się wtedy strasznie.

Prokurator Sawicki: Ponieważ oskarżony zawsze twierdzi, że nic nie wiedział, proszę o pozwolenie na odczytanie z tomu z 1940 r. Arbeits leitersitzungen z września i października, str. 9 sprawozdania z posiedzenia, na którym był oskarżony Bühler. Mowa tam jest o wywózce polskich profesorów.

„Dlatego nie powinniśmy obciążać niemieckiego państwa tym, nie powinniśmy tych elementów zaprowadzić do niemieckich obozów koncentracyjnych, ponieważ wtedy mielibyśmy tylko nieprzyjemności i niepotrzebną korespondencję z członkami rodzin. Ale my zlikwidujemy tę sprawę w kraju i uczynimy to w takiej formie, która jest najprostszą”. Musiał więc mieć Frank jakieś zastrzeżenia, bo po części swej [mowy] zaznaczył: „Moi panowie, my nie jesteśmy mordercami”. Czy oskarżony uważa, że to jest mowa, która sprzeciwia się zarządzeniom policji?

Oskarżony: Już oświadczyłem, że policja musiała mieć wrażenie, jakoby sprawa zwolnienia profesorów była generalnemu gubernatorowi nieprzyjemną.

Prokurator Sawicki: Przecież nie chodzi o sprawę zwolnienia profesorów, tylko o sprawę dalszych aresztowań inteligencji polskiej.

Oskarżony: Według tych wywodów generalnego gubernatora, on był zdania, że należy przeprowadzić taką akcję, a nawet ją popierał.

Prokurator: Czy zatem twierdzenie, że w tym wypadku była różnica zdań między policją a rządem jest słuszne? W tym jednym wypadku.

Oskarżony: Jeżeli Frank jest przedstawicielem rządu, to nie ma sprzeczności, jeśli chodzi o ten czas.

Prokurator Cyprian: Ja pozwolę sobie w tym miejscu powrócić do kwestii, którą przed chwilą zgłosiłem, mianowicie prosić o pozwolenie przytoczenia tutaj i odczytania ustępów z Tagebuch z 1939 r., na str. 20, 21 i 23.

Na str. 20 jest narada w Krakowie, bezpośrednio po objęciu władzy przez Niemców. 30 października brygadier Streckenbach mówi na posiedzeniu, iż należy uporządkować sytuację w Generalnym Gubernatorstwie, mianowicie należy jasno podkreślić różnicę między niemieckim Herrenvolken a Polakami, po czym przemawia Frank i mówi: „Polacy mają prawo tylko do takiego stopnia wykształcenia, jaki jest konieczny, ażeby im pokazać beznadziejność ich narodowego bytu. Można im co najwyżej pokazywać liche filmy albo takie, które pokazują potęgę Rzeszy. Polskie teatry i kina należy zamknąć, polskie gazety zlikwidować i całą prasę uczynić niemiecką”. Minister propagandy Rzeszy Goebbels, obecny na tym posiedzeniu, dodaje: „Należy zniszczyć całą polską służbę informacyjną, odebrać radiostacje, zamknąć wszystkie imprezy publiczne, wyższe szkoły i seminaria, gdyż to wszystko jest tylko wylęgarnią nienawiści przeciwko Niemcom”.

Na str. 23 Goebbels z przyjemnością się dowiaduje, że już wszystkie polskie kina zamieniono na niemieckie, że odebrano aparaty radiowe w Warszawie i że ta akcja jest w pełnym toku. „Należy dojść do wszystkich punktów kultury, w których się kryje polski nacjonalizm”.

Jeszcze dwa cytaty z Arbeitsleitersitzungen z [lat] 1939/40. Na str. 211 czytamy, że na posiedzeniu jest mowa o tym, że żaden Polak nie może dojść wyżej jak do wachmistrza, że żadnemu Polakowi nie można dać możliwości uzyskania jakiegokolwiek wyższego wykształcenia.

A teraz powiązanie tego z osobą oskarżonego Bühlera. Na posiedzeniu rządu Generalnego Gubernatorstwa (karta 65) mówi Bühler i w swojej mowie podkreśla: „Ja nie chcę robić żadnych trudności, ale jeżeli ktoś z panów wierzyłby w to (mówi to do członków rządu), że ważne zasadnicze sprawy mogą być nieomawiane ze mną, jeżeli ma nadzieję na to, że z tymi sprawami pójdzie bezpośrednio do gubernatora, to się grubo myli, bo ja do tego nie dopuszczę”. To przytaczam w związku z oświadczeniem oskarżonego Bühlera, że gubernator Frank wszystko osobiście załatwiał. Proszę o odczytanie tych dokumentów lub uznanie ich za ujawnione.

Przewodniczący: Proszę dokumenty te podać oskarżonemu. Ze względu na bardzo obszerny materiał oskarżony złoży oświadczenie po przerwie południowej, żeby mógł dokładnie się z nimi zaznajomić.

Obrońca Kosiński: W bezpośrednim związku z tym mam do oskarżonego jedno pytanie. Jakie było stanowisko gubernatora Franka w przedmiocie aresztowania profesorów wtedy, kiedy nie było policji niemieckiej, w szczególności w stosunku do oskarżonego?

Oskarżony: Nie zrozumiałem pytania.

Obrońca: Jak Frank ustosunkował się do sprawy aresztowania profesorów UJ w nieobecności policji?

Oskarżony: Wtedy był zupełnie pozytywnie za zwolnieniem tych ludzi. Po raz pierwszy jego negatywne stanowisko zauważyłem w czasie tego posiedzenia policyjnego. Z tego wnioskowałem, że gubernator Frank wyrażał się w ten sposób pod wpływem, a może raczej pod groźbą policji.

Przewodniczący: Może świadek ma jakieś wiadomości co do kwestii poruszonej przez obronę. Czy to potwierdza?

Świadek: W jakiej kwestii?

Przewodniczący: Co do tego, co mówił pan obrońca.

Świadek: O tym ja nie mogę przecież nic wiedzieć, jakie było nastawienie generalnego gubernatora lub oskarżonego. Osobiście nie mam o tym żadnej wiadomości i nic nie mogę o tym powiedzieć. Jest dla mnie tylko w najwyższym stopniu nieprawdopodobne, żeby można było o tym nie wiedzieć, a jeżeli nie wiedziano – co mi się wydaje nieprawdopodobne – to może być konsekwencją tylko tego, że tzw. władze, które tu przyszły, rządziły w zupełnym odcięciu od społeczeństwa polskiego. Nawet władza okupacyjna, która przychodzi do kraju, a jest władzą państwa cywilizowanego, usiłuje nawiązać kontakt z ludnością. Jeżeli ktoś się kompletnie od tego społeczeństwa odcina, to nie ma pojęcia, co się w społeczeństwie dzieje.

Obrońca Rappaport: Czy w następstwie tego pozytywnego ustosunkowania się do sprawy uwolnienia profesorów była zapowiedź ponownego otwarcia uniwersytetu i jakie to skutki wywołało dla oskarżonego?

Oskarżony: O tym otwarciu uniwersytetu, względnie o planach otwarcia teraz dopiero po raz pierwszy usłyszałem. Jak powiedziałem, do Krakowa przybyłem dopiero 8 lub 9 listopada.

Obrońca: Oskarżony mnie nie zrozumiał. Mnie chodzi o jego późniejsze oświadczenie, a nie ówczesne.

Oskarżony: Starałem się stale o to, ażeby otwarto uniwersytety, gimnazja i seminaria duchowne. Starałem się o to zarówno u Bierkampa, jak również u Schöngarta, rozmawiałem też o tej sprawie w trakcie mojej wizyty w Berlinie. Moje starania odniosły ten skutek, że policja oświadczyła…

Przewodniczący: Wczoraj zeznawał świadek o masowych aresztowaniach profesorów i nauczycieli. Czy to nie kontrastuje z tym oświadczeniem oskarżonego? Może pan obrońca ponowi to pytanie.

Obrońca Rappaport: Ja się pytam, czy oskarżony w późniejszym czasie na własną rękę nie zabiegał o otwarcie uniwersytetu i seminariów duchownych, czy nie czynił w tym kierunku starań i jaki to skutek dla niego miało?

Oskarżony: Moje starania w tym kierunku doprowadziły do oświadczenia policji, że na wypadek otwarcia szkół zarówno uczniowie, jak i profesorowie zostaną aresztowani i wywiezieni. Częściowo także powstrzymywano mnie argumentem, że moment otwarcia uniwersytetu jest obecnie niestosowny i że można by sobie to tłumaczyć jako pewnego rodzaju słabość. Znużony ciągłymi rozmowami na ten temat, w październiku 1944 r. na własną rękę zapowiedziałem otwarcie tych szkół, z tym skutkiem, że w dzień po tej zapowiedzi zatelefonowano do mego biura z kancelarii Rzeszy i oświadczono, że Führer nie zgadza się, a raczej niechętnie odnosi się do tej mojej zapowiedzi. W kilka dni potem przesłano pismo ministra Rzeszy Lammersa do generalnego gubernatora, w którym to nieprzychylne stanowisko wobec moich wypowiedzi odnosiło się także do generalnego gubernatora.

Przewodniczący: W związku z tym, co oskarżony wyjaśnia, że takie były jego usiłowania, chciałem zapytać oskarżonego – bo zostało to przedstawione w postępowaniu dowodowym – czy były oskarżonemu znane wypowiedzi ze strony władz, jak miała wyglądać nauka w szkołach polskich? Że wolno było rachować do 500, 100 czy 25 i że nauczycielami w szkołach polskich mieli być dobrze zasłużeni policjanci granatowi? Bo tak zostało przedstawione we wnioskach dowodowych pana prokuratora. Czy wobec takiego postawienia zakresu nauczania w szkołach polskich oskarżony liczył na powodzenie usiłowań w kierunku uruchomienia nauki w szkołach polskich?

Oskarżony: O tych szczegółach, jak np., że Polakom wolno uczyć się liczenia do stu, nie miałem wiadomości. Nie wiedziałem także o tym, że nauczanie miano poruczyć granatowym policjantom.

Przewodniczący: Ja to przytoczyłem oskarżonemu z uwagi na to, że to były wypowiedzi władz najwyższych. Odpowiedź oskarżonego wyjaśnia, że gdyby znał te wypowiedzi, to jego usiłowania stałyby w rażącej sprzeczności z systemem i do założeń czynników decydujących, bo wskazywałyby, że pozostaje on w pewnej opozycji do dyspozycji władz naczelnych.

Oskarżony: Tak, przy czym cały system tego zgniecenia i obniżenia nauczania nie doszedł do mej wiadomości. Ze strony przeciwnej argumentowano, że te surowe zarządzenia są na skutek wojny, ponieważ w czasie wojny chce się wykorzystać siły robocze tych ludzi.

Prokurator Sawicki: Chciałbym zwrócić uwagę Najwyższemu Trybunałowi Narodowemu, że dziś przed chwilą nastąpiła znamienna zmiana taktyki oskarżonego. Dotychczas był prowadzony dialog pomiędzy Bühlerem – oskarżonym, któremu my przeciwstawialiśmy Bühlera – sekretarza stanu. Bühler oskarżony mówił pewne rzeczy, a my wyciągaliśmy tomy i pokazywaliśmy Bühlerowi oskarżonemu, co mówił Bühler sekretarz stanu. Dziś nastąpiło inne rozdwojenie: Bühler urzędnik przeciwstawił się Bühlerowi narodowemu socjaliście. Chciałbym złączyć znów to rozdwojenie, by nie przedłużać procesu; korzystam z okazji, kiedy mowa o profesorach uniwersytetu, bo Bühler był także dyrektorem Akademii Administracyjnej dla Generalnego Gubernatorstwa i jako dyrektor kształcił tu urzędników. Tych urzędników, których chce przeciwstawić Hitlerowi, policji, systemowi. W związku z tym chciałbym, proszę Wysokiego Trybunału, ponownie usunąć to rozdwojenie przez przypomnienie jego słów.

Tom 135, karta 226. Na zaproszenie Bühlera przyjeżdżali uczeni, profesorowie Rzeszy, by uczyć jego podwładnych, jak mają prowadzić administrację. Oto cytat z niemieckiej gazety. Bühler zagaja akademię. Przemawia prof. Helms, który mówi, jak następuje: „Dotyczyło to pytania często dyskutowanego przed objęciem władzy – tj. przed hitleryzmem – czy urzędnik powinien być nastawiony politycznie czy niepolitycznie, przy czym zwrócił on uwagę na fakt, że nie jest rzeczą obojętną, któremu panu urzędnik służy” – i my to mówimy! – „i że nie powinien żyć w próżni, tylko dla spełnienia swego obowiązku”. Powiedział tak: „urzędnik musi być nastawiony politycznie, musi uważać się za politycznego żołnierza Adolfa Hitlera i powinien działać według swej najlepszej możliwości dla spełnienia swego zadania. To ma być zasada, według której każdy urzędnik winien działać”.

Przewodniczący: Proszę okazać dokument oskarżonemu. Oskarżony zaznajomi się z treścią całego protokołu. Czy są pytania do świadka?

Obrońca Kosiński: Czy panu dziekanowi wiadomym jest, że oskarżony złożył oświadczenie, że w Krakowie miał być w późniejszym okresie otwarty uniwersytet?

Świadek: Zupełnie nieznane, a wydaje mi się w najwyższym stopniu nieprawdopodobne. Przecież słyszeliśmy przez pięć lat okupacji cały czas, że w Krakowie będzie otwarty uniwersytet niemiecki, co mogło być zresztą traktowane tylko jako prowokacja, ponieważ na ziemiach rdzennie polskich miał być uniwersytet nie polski, lecz niemiecki, jakby dla naigrawania się miałby być nazwany Uniwersytetem Mikołaja Kopernika. W tym miał leżeć dla nas ten podwójny policzek. O żadnych usiłowaniach otwarcia uniwersytetu poza tymi nie słyszałem. Przeciwnie, niszczono nawet zakłady uniwersyteckie. Ogród botaniczny otrzymał kierownika Niemca, Hertera, który miał zastąpić światowej sławy uczonego prof. Szafera. Herter kazał zabrać wszystkie ławy i katedry Uniwersytetu Jagiellońskiego i zużył je na opał w palmiarni.

Obrońca Rapaport: Ale faktem jest, że oskarżony publicznie zapowiedział otwarcie wyższych uczelni i uniwersytetu.

Przewodniczący: Świadek już powiedział, że nie wie o tym.

Świadek: Ja tego nie wykluczam, że takie oświadczenie padło, ale data wydaje się bardzo znamienna.

Przewodniczący: Świadek może być zwolniony.