Staje Franciszka Pałkowska i, legitymując się zielonym wykazem niemieckim z dnia 3 kwietnia 1942 r. nr 492060, oświadcza:
Wobec mającej nastąpić w najbliższych dniach ekshumacji zwłok mojego syna Bronisława, leżącego wraz z innymi w Lesie Kokoszkowskim, chciałabym do protokołu sądowego złożyć pod przysięgą swoje zeznania dla użytku władz. Po pouczeniu o karalności za fałszywe zeznania i po zaprzysiężeniu zeznaje:
| Imię i nazwisko | Franciszka Pałkowska z d. Scharmach |
| Data i miejsce urodzenia | 13 września 1893 r., Więckowy |
| Miejsce zamieszkania | Starogard, [...] |
| Zajęcie | żona robotnika |
| Wyznanie | rzymskokatolickie |
W czasie obławy, jaką Niemcy urządzili 13 września 1939 r. w barakach przy ul. Gdańskiej, nie rozpoznałam umundurowanego Niemca, który wszedł do mojego mieszkania i kazał mojemu mężowi wyjść. Mnie z mieszkania wyjść nie było wolno. Widziałam jednak, że syn mój Bronisław, który spał w przybudówce, wyprowadzony został w koszuli i spodniach. Męża zwolniono i opowiadał on, że Niemcy zabrali Bronisława (liczącego wówczas 19 lat) oraz Jana, liczącego 21 lat. Co z nimi się stało, mąż nie zauważył. Nazajutrz zaniosłam do więzienia marynarkę i trzewiki dla Bronisława. Do więzienia mnie nie wpuszczono. Strażnik przy wejściu obiecał, że synowi rzeczy odda. Po południu natomiast dowiedziałam się od syna Jana, że Bronisław został wywieziony autem. Udałam się do więzienia po zwrot rzeczy. Zwrócono mi je i po tym przekonałam się, że Bronisław został zabity i, że nieprawdą jest co mówili Niemcy, jak również i ten strażnik, że część aresztowanych wywieziono na roboty do Gdańska, bo przecież nieubranego i bosego na roboty by nie wywożono.
Po kilku dniach rozeszła się pogłoska, że wywiezieni samochodem z baraków leżą zabici w Lesie Kokoszkowskim. Dzieci moje nie pozwoliły mi udać się tam. Syn Jan udał się tam na rowerze, jednak po powrocie mówił mi, że nikogo nie znalazł. Dopiero po kilku dniach, kiedy wiadomo było, że kilka osób było w lesie, syn przyznał się wobec mnie do tego, że brata widział w lesie wśród innych zabitych, i że na miejscu był z nim jego kolega narodowości niemieckiej Robert Klatt, którego ciekawiło, czy prawdziwa jest pogłoska o leżących w lesie zabitych Polakach. Wyjęli oni Bronisławowi z kieszeni spodni chusteczkę i mały scyzoryk. Klatt mi ten scyzoryk kilka dni później pokazywał.
Leżących w lesie nie widziałam, bałam się pójść i dzieci mnie też nie puszczały. Mąż mój próbował udać się na miejsce, ale widział w lesie SS-manów i się cofnął.