Dnia 22 stycznia 1947 r. Sąd Grodzki w Starogardzie w osobie sędziego [Franciszka] Wyborskiego, przy udziale protokolantki st. rej. Ł. Kosiedowskiej, przesłuchał w sprawie stwierdzenia zgonu Nowaka następującego świadka, po pouczeniu go o karalności za fałszywe zeznania i po zaprzysiężeniu:
| Imię i nazwisko | Tekla Szulc |
| Wiek | 70 lat |
| Wyznanie | rzymskokatolickie |
| Zajęcie | żona robotnika |
| Miejsce zamieszkania | Starogard, [...] |
| Karalność za składanie fałszywych zeznań | niekarana |
| Stosunek do stron | obca |
Na kilka lat przed wybuchem wojny objęłam zleconą mi przez zarząd miejski funkcję sprzątaczki aresztu policyjnego, tak zwanej tiurmy (baszty przy ul. Hallera, ul. Boczna 1). Do obowiązków moich należało sprzątanie cel i przygotowywanie posiłków dla aresztantów. W baszcie bywali umieszczani osobnicy przyprowadzani przez Policję Państwową.
Kiedy po wkroczeniu Niemców powróciłam z ucieczki do Starogardu, zostałam zmuszona do dalszego pełnienia tej funkcji. Klucze od baszty znajdowały się w ręku policji kryminalnej, która miała swoje biura przy ul. Kościuszki. Miałam do baszty dostęp tylko wtedy, gdy kazano mi ją sprzątać albo wydawać posiłki.
Za czasów Polski miałam drugi klucz, który mi ułatwiał dostęp do baszty, gdy zachodziła konieczność zgaszenia światła lub temu podobne. O kluczu tym Niemcom nie powiedziałam.
Wróciłam do Starogardu – wedle mej pamięci – trzeciego dnia po wybuchu wojny. Zaraz po objęciu przeze mnie funkcji rozpoczęło się masowe sprowadzanie do baszty aresztantów z miasta i okolicy, samych Polaków. Liczba aresztantów wynosiła niekiedy kilkadziesiąt osób. Niektórzy siedzieli w baszcie po kilka, a nawet kilkanaście dni; pobyt niektórych trwał krótko. Część aresztantów przechodziła z baszty do więzienia, a część ładowana była na samochody i wywożona, jak przypuszczam, na śmierć do lasu.
Aresztantów sprowadzał Selbschutz, SS-mani, gestapo, policja kryminalna, policja zwykła, żandarmeria. Obchodzenie się z nimi było bardzo okrutne. Byłam wielokrotnie świadkiem kopania i uderzania sprowadzanych aż do krwi. Bardzo często musiałam zmywać liczne ślady krwi w celach i prać skrwawione ubrania i koce. Przypominam sobie, że jeden z aresztowanych, rolnik Osowski spod Skórcza, mocno pokaleczony i pobity, znaleziony został rano powieszony. Przypuszczam, że on sam się powiesił. Pewnego razu widziałam zwłoki młodego człowieka, jak pamiętam, byłego pomocnika dentysty Krauzego. Zwłoki miały bardzo liczne ukłucia bagnetem. Po zdjęciu ubrań musiałam je spalić w obecności policjanta.
Przypominam sobie, że pewnego razu przyprowadzono skądś czterech młodych ludzi. Kiedy nazajutrz spotkałam na ulicy komisarza policji Hauptmanna Milisza, pytał się mnie, czy już widziałam tych czterech na rynku. Odpowiedziałam mu, że przez rynek nie chodzę, jednak z ciekawości poszłam tam i widziałam koło magistratu leżące na rynku zwłoki czterech, poprzedniego dnia do baszty sprowadzonych, młodych ludzi.
Przypominam sobie, że pewnego wieczora sprowadzono również młodego księdza, nieznanego mi. Było to w czasie, kiedy rozdawałam kolację. Ksiądz ów, gdy go sprowadzono, ociekał krwią. Po zamknięciu go w celi uderzyło mnie, że SS-mani, którzy go sprowadzili, powiedzieli mi na moje pytanie, że ma nie dostać jeść, w szczególności również i śniadania. Rano ok. godz. 5.00, kiedy nie spodziewałam się, że mnie ktoś podpatrzy, weszłam przy pomocy swojego klucza do baszty, by zobaczyć, co z księdzem zrobiono, nabrałam bowiem podejrzenia, że było już zaplanowane znęcanie się nad nim czy też morderstwo. Po otwarciu celi stwierdziłam, że w nocy zamordowano go. Zwłoki były całe pokłute. Kiedy nazajutrz byłam pomocna przy rozbieraniu, kazano mi rzeczy pozostałe po księdzu spalić. Sutanna była całkowicie skrwawiona i jeden otwór od ukłucia bagnetem przy drugim. Udało mi się zachować po nim obrazek z Matką Boską i modlitewnik, jednak bez śladu jakiegokolwiek nazwiska.
Nie pamiętam wszystkich nazwisk oprawców niemieckich, którzy sprowadzili aresztantów i nad nimi się znęcali. Byli to przeważnie zamiejscowi. Pamiętam, że do okrutnych należał podkomisarz Klatt, pochodzący ze Starogardu, imienia jego nie znam. Poza tym przypominam sobie z policji kryminalnej jakiegoś Henzela. Policjantów niemieckich pytałam się czasem, gdzie oni tylu ludzi nachwytali. Mówili, że policja tylko transportuje to „bydło”, jak się wyrazili, a łapią je SS-mani, do których należeli Drews, Strauss Gustaw, Muenchau, Sievert, Wiechert.
Przez cały okres okupacji przez basztę przewinęły się tysiące aresztowanych. [To], że znaczna część wywożona była do lasu na rozstrzelanie, wynika stąd, że w baszcie pozostawały po wywiezionych wierzchnie okrycia, płaszcze, futra, ubrania, suknie, kapelusze w wielkiej ilości, a także obuwie. Rzeczy te zabierała policja (SS). Wywożenie aresztantów odbywało się przeważnie późnym wieczorem albo w nocy. Pewnej nocy zginął dyrektor Powiatowej Komunalnej Kasy Oszczędnościowej Pułkowski. Przypuszczam, że musiał zostać zamordowany gdzieś w pobliżu. Wyprowadzono go przypuszczalnie w bieliźnie, gdyż zostało po nim w celi ubranie i obuwie.
W baszcie przebywał również przez pewien czas dyrektor Komunalnej Kasy miasta Starogardu Franciszek Nowak. Przypominam sobie, że pewnego razu był on oprowadzony po lesie, skąd przyprowadzony został pobity i pokrwawiony. Przez pewien czas nocował tylko w baszcie, za dnia był na wolności i wolno mu było przychodzić do mnie na jedzenie. Potem został umieszczony w więzieniu, gdzie jednak przebywał bardzo krótko, może ze dwa lub trzy dni. Pewnego popołudnia, mniej więcej ok. godz. 16.00, idąc do młyna Wiecherta, spotkałam na drodze jadący w kierunku Lasu Szpęgawskiego samochód załadowany ludźmi eskortowanymi przez SS-manów. W jednym z wywożonych poznałam dyrektora Nowaka. Kiedy nazajutrz rano zgłosiłam się w więzieniu, by oddać dla niego ubranie, jakie dał mi do czyszczenia, powiedziano mi, że go już nie ma w więzieniu.
Odczytano.