Dnia 27 października 1967 r. w Zblewie wiceprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Gdańsku Marian Multan przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka. Po uprzedzeniu o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania świadek zeznał, co następuje:
| Imię i nazwisko | Wacław Michnowski |
| Wiek | 66 lat |
| Imiona rodziców | Stanisław i Kordula z d. Rębiewska |
| Miejsce zamieszkania | Zblewo, [...] |
| Zajęcie | rolnik |
| Karalność | niekarany |
| Stosunek do stron | obcy |
W początkowym okresie okupacji hitlerowskiej zamieszkiwałem w Zblewie. Pod koniec września lub na początku października 1939 r., kiedy wróciłem po kapitulacji Warszawy do domu do Zblewa, otrzymałem pisemne wezwanie do stawienia się na miejscowym posterunku żandarmerii.
Kiedy tam się stawiłem, zatrzymali mnie i osadzili w piwnicy. Przebywało tam już trzech Polaków, z których jednego znałem i wiem, że nazywał się Lajek. Był on mieszkańcem Zblewa. Po trzygodzinnym moim pobycie w piwnicy żandarm Lukusch zaprowadził mnie do miejscowego aptekarza Niemca, którego nazwiska obecnie sobie nie przypominam, dla potwierdzenia mojej tożsamości. Odprowadził mnie następnie z powrotem do piwnicy z posterunku. Po kilku godzinach razem z pozostałymi Polakami zostałem przez komendanta posterunku Petera doprowadzony do samochodu ciężarowego stojącego przed posterunkiem. Kierowcą tego samochodu był Jan Guziński (zam. obecnie w Zblewie przy [...]). Pod eskortą wspomnianego Petera pojechaliśmy do Pi[e]sienicy, skąd chciał on zabrać pracownika młyna. Nie zgodził się na to właściciel młyna Niemiec i Peter musiał z tego zrezygnować. Z kolei pojechaliśmy do Semlina, gdzie Peter zatrzymał i doprowadził do samochodu Władysława Cybulskiego, Benesza i Woźniaka. Z Semlina samochód pojechał do Starogardu do więzienia.
Przypominam sobie przyjęcie, jakie nam zgotowano na wstępie w więzieniu. Kolejno kazano nam wchodzić do jednego z pokoi i tam strasznie bito dębowymi pałkami. Jednym z bijących był SS-man Fast. Dowiedziałem się później jego nazwiska. Pozostali oprawcy byli w mundurach SA. Jeden z nich uderzył mnie pałką w głowę, tak silnie, że straciłem przytomność. Odzyskałem ją w trakcie deptania po mnie przez Fasta. Inni hitlerowcy także mnie kopali. Siłą wydostałem się z tego pokoju, SA-mani pobiegli za mną. W dalszym biciu przeszkodził im naczelnik więzienia, który nie pozwolił im mnie bić. Mówił mi o tym jeden z Polaków, który pracował w więzieniu i był tego świadkiem. Na skutek pobicia miałem rozbitą głowę i przebywający razem ze mną w celi ksiądz robił mi okłady z moczu.
W więzieniu w Starogardzie przebywałem ok. dwóch miesięcy. W tym czasie dwukrotnie musiałem uprzątać krew w jednej z cel na parterze. W celi tej, jak słyszałem od współwięźniów, hitlerowcy mordowali Polaków. Zwłok nie widziałem. Krwi w tej celi było bardzo dużo, sześć-siedem wiader. Była ona skrzepnięta. Także ściany były spryskane krwią.
Słyszałem, że jednej nocy wywieźli poza więzienie cały samochód trupów. Słyszałem także, iż Halperna – adwokata ze Starogardu – wyrzucili przez okno psom na pożarcie.
W grudniu 1939 r. zostałem z więzienia zwolniony.
Na tym protokół zakończono i przed podpisaniem odczytano.