Dnia 22 sierpnia 1967 r. w Starogardzie wiceprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Gdańsku Marian Multan przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka. Po uprzedzeniu o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania świadek zeznał, co następuje:
| Imię i nazwisko | Jan Kaczmarek |
| Wiek | 76 lat |
| Imiona rodziców | Antoni i Katarzyna z d. Grajek |
| Miejsce zamieszkania | Starogard, [...] |
| Zajęcie | emeryt |
| Karalność | niekarany |
12 października 1939 r. zostałem aresztowany przez żandarma ze Starogardu i dowieziony samochodem ciężarowym do Starogardu. Zamieszkiwałem wówczas w Żabnie, odległym od Starogardu o trzy kilometry. Razem ze mną aresztowano wówczas i przywieziono do Starogardu tym samym samochodem nauczyciela Ciecholewskiego z Linowca.
Osadzono nas w jednym z pokoi w starostwie. Było tam już kilku nauczycieli. Po kilku godzinach ten sam żandarm odwiózł nas do starego tartaku w Skórczu. Zebrano tam ok. 60 nauczycieli. Niemcy nazywali to pomieszczenie Arbeits Lager. W obozie tym przebywaliśmy przez tydzień, do 19 października 1939 r. W tym czasie chodziliśmy do pracy przy zamiataniu ulic w Skórczu, czyszczeniu cegły itp. Dozorowali obóz członkowie Arbeitsdienstu, którzy także prowadzali nas do pracy. 19 października 1939 r. przyjechali do obozu autobusem SA-mani i ok. 22 nauczycieli odwieźli do więzienia w Starogardzie. Wywóz poprzedziło rozpytywanie każdego z nas na okoliczność, czy mamy krewnych w Niemczech, czy służyliśmy w wojsku itp. Kazali nam także oddać wszystkie przedmioty, jakie posiadaliśmy. Po przyjeździe do więzienia przechodziliśmy przez pokój, w którym stali SA-mani z bykowcami i każdego bili. Tymże autobusem tego samego dnia przywieziono wszystkich nauczycieli ze Skórcza do więzienia w Starogardzie. Zanim jednak przywieźli wszystkich, wcześniej przybyłych bili, kazali się gimnastykować, bijąc przy tym. Następnie umieszczono nas w pojedynczych celach i bito niektórych wewnątrz cel. Mnie pobił bardzo SA-man, który – jak mówiono – pochodził z Gdańska. Był on atletycznej budowy. Że bili wówczas i niektórych pozostałych nauczycieli, stwierdziłem po krzykach rozlegających się z innych cel. Komendantem więzienia był w tym czasie Fast, o którym mówiono, że pochodzi z Gdańska.
Nie byłem świadkiem znęcania się przez niego nad więźniami. Widziałem tylko, jak drwił na korytarzu z więźniów. Następnego dnia, 20 października, w godzinach rannych wypędzono nas z cel na korytarz, a następnie brano pojedynczo do pokoju, w którym znowu nas rozpytywano, czy mamy krewnych w Niemczech, o zawód itp. Ustawili nas znowu na korytarzu i kazali złożyć ręce na karku. Po chwili wyprowadzili nas do stojącego na podwórzu autobusu. Jak sobie przypominam, w autobusie było 18 nauczycieli i ksiądz pochodzący z Lubichowa. Autobusem tym zawieźli nas do lasu w Szpęgawsku.
Jak sobie przypominam, konwojowało nas czterech hitlerowców, jednak w jakich byli mundurach, nie przypominam sobie. Jeden z nich zgasił papierosa na mojej głowie. Wiedziałem wtedy, że wiozą nas do lasu, by tam zamordować. Autobus skręcił w las za stojącym przy szosie domem zwanym Waldhause. Stanął na polanie i jeden z konwojentów kazał mnie, Paszkowi Józefowi i Niklewskiemu Polikarpowi wyjść z autobusu. Nie przypominam sobie, czy kazali nam się rozebrać. Dwóch konwojentów poprowadziło nas do odległego od autobusu o ok. sto metrów grobu. Grób ten mógł być [na] ok. osiem metrów długi i cztery szeroki. Było w nim już pięć zwłok mężczyzn przysypanych na głowie i plecach piaskiem. Wszyscy mieli czarne spodnie i dlatego wydaje mi się, że to byli księża. Konwojenci wepchnęli nas do grobu i kazali się położyć twarzą do ziemi. Po chwili jeden z konwojentów kazał nam wyjść z grobu i odprowadzili nas do autobusu, którym odjechaliśmy do więzienia w Starogardzie. W grudniu 1939 r. zostałem z więzienia zwolniony. W czasie, gdy leżałem w grobie, nie słyszałem warkotu motocykla.
Na tym protokół zakończono i przed podpisaniem odczytano.