Dnia 22 sierpnia 1967 r. w Starogardzie podprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Gdańsku Marian Multan przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka. Po uprzedzeniu o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania świadek zeznał, co następuje:
| Imię i nazwisko | Bernard Grochocki |
| Wiek | 76 lat |
| Imiona rodziców | Jan i Anna z d. Klein |
| Miejsce zamieszkania | Starogard, [...] |
| Zajęcie | emeryt |
| Karalność | niekarany |
W okresie międzywojennym pracowałem jako nauczyciel w Barłożnie koło Skórcza, pow. starogardzki. 13 października 1939 r. w godzinach rannych przyszedł do mnie mieszkaniec Barłożna Gajkowski i powiedział, że sołtys kazał mi się stawić na posterunku żandarmerii w Skórczu u komendanta Rosenbauera o godz. 11.00. Poszedłem tam i po drodze spotkałem kolegów nauczycieli z Kopytkowa i Mirotek, Robaczewskiego i Sieradzkiego. Oni też byli wezwani.
Przed posterunkiem zastaliśmy już kilkoro kolegów i koleżanek. Czekaliśmy ok. trzech godzin. Około 14.00, kiedy zebrało się przed posterunkiem ze 20 nauczycieli, Rosenbauer wyszedł do nas i powiedział: „W imieniu NSDAP jesteście aresztowani i będziecie przekazani do miejscowego obozu pracy, przy próbach ucieczki będziecie zastrzeleni”. Zaprowadził nas w towarzystwie woźnego Lehmana z urzędu miejskiego do obozu w tartaku. Kobiety pozostały przy posterunku, jak się potem dowiedziałem, pracowały od tego czasu w kuchni Arbeitsdienstu.
W obozie tym przebywałem do 19 października 1939 r. W międzyczasie przywożono tu nauczycieli z okolic Skórcza i z całego pow. starogardzkiego. Pracowaliśmy przy zamiataniu ulic i innych pracach porządkowych na terenie Skórcza. Dozorowali nas członkowie Arbeitsdienstu. Codziennie odbywały się apele, na których podoficer Arbeitsdienstu powtarzał: „Wy i klechy zamiast naród pouczać, to żeście go ogłupiali. Głosiliście, że my nie mamy nic do jedzenia, a nasze tanki zbudowane są z tektury”.
19 października 1939 r. autobusem Schutzpolizei odwieźli nas do więzienia w Starogardzie. Przed wyjazdem odebrali nam wszystkie przedmioty, jakie posiadaliśmy. W więzieniu na wstępie SA-mani, SS-mani i członkowie Selbschutzu z opaskami na rękawach ćwiczyli nas, kazali się gimnastykować, bijąc przy tym niektórych. Po kilku godzinach przywieźli następnych nauczycieli ze Skórcza. Około 19.00 uszeregowali nas na korytarzu więziennym i kolejno wpuszczali do biura, gdzie dwaj cywilni Niemcy każdego rozpytywali. Mnie pytali o personalia, zawód i dlaczego pozostałem w Polsce w 1920 r., a nie wyjechałem do Niemiec, czy służyłem w niemieckim wojsku. Jeden z tych cywilnych Niemców miał przy rozpytywaniu książkę z nazwiskami, przy których były odręczne notatki. Widziałem w tej książce dopisane odręcznie nazwiska. Mojego nazwiska w tej książce nie zobaczyłem. Przesłuchiwania te trwały do [godz.] 23.00. Po ukończeniu przesłuchań umieszczono nas pojedynczo w celach. Słyszałem krzyki bitych ludzi i wyzywanie ich. Do mnie do celi także weszli, ale schowałem się za materacami leżącymi w kącie celi i po chwili wyszli. Następnego dnia rano wszystkich nauczycieli wywołano z cel na korytarz i dokonano szczegółowej osobistej rewizji. Jeden z hitlerowców zabrał mi okulary, mówiąc przy tym, że nie będą mi już więcej potrzebne. Zabrali także wszystkim obrączki. Po chwili jeden z hitlerowców – nie pamiętam, w jakim mundurze – wyczytał z listy ok. 20 nazwisk kolegów nauczycieli i kazał im założyć ręce na kark oraz wyjść na podwórzec więzienny, a reszcie kazał powrócić do cel. Po jakimś czasie znowu wszystkich nas zgrupowano na korytarzu, wyczytano dalszych dwadzieścia nazwisk i ludzie ci wyszli na dziedziniec więzienny. Znowu po jakimś czasie wypędzono pozostałych jeszcze w więzieniu nauczycieli na korytarz, a następnie kazano im wejść do stojącego na podwórzu autobusu. W tej ostatniej grupie byłem i ja. Mimo że nie posiadałem okularów, zauważyłem, że konwojenci byli ubrani w zielone mundury Schutzpolizei. Samochodem tym przewieziono nas do Lasu Szpęgawskiego. Po zjechaniu z drogi leśnej na polanę autobus się zatrzymał. Konwojenci stanęli wokół, kazali nam wyjść z autobusu i stanąć przed nim. Jeden z konwojentów poszedł w głąb lasu, po kilkunastu minutach wrócił i powiedział, że samochód się popsuł i nie można dalej jechać. Po chwili jednak autobus wyjechał na szosę i odwieźli nas do więzienia. Nie przypominam sobie, by razem ze mną w tym autobusie byli Kaczmarek i Niklewski.
W więzieniu kolejno wpuszczano nas do pokoju, w którym był SS-man w czarnym mundurze i przeprowadzał z każdym z nas rozmowę. Groził przy tym, że jeśli komukolwiek powiemy, że byliśmy w lesie, to zostaniemy zastrzeleni. Pamiętam przy tym, że wskazywał palcem na trupią główkę, którą miał na czapce.
W więzieniu przebywałem do 7 grudnia 1939 r. Jak sobie przypominam, naczelnikiem więzienia był SS-man Fast pochodzący z Gdańska. Znam z opowiadania więźniów, którzy przebywali w synagodze, że nocami przychodził tam Fast i bił ich. Samego faktu bicia i znęcania się nad więźniami przez Fasta nie widziałem.
Na tym protokół zakończono i po odczytaniu podpisano.