FRANCISZEK SZNAZE

Staje Franciszek Schnase [Sznaze] i, legitymując się zielonym wykazem niemieckim nr 481 769 z 14 kwietnia 1942 r., oświadcza:

Chciałbym wobec mającej nastąpić ekshumacji zwłok w Lesie Kokoszkowskim, złożyć zeznanie w sprawie syna mojego Jana dla ewentualnego użytku sądowego. Stającego pouczono o odpowiedzialności karnej za nieprawdziwe zeznania, po czym ten po zaprzysiężeniu podaje:


Imię i nazwisko Franciszek Schnase [Sznaze]
Data i miejsce urodzenia 1 lutego 1877 r., Starogard Szlachecki
Miejsce zamieszkania Starogard, [...]
Zajęcie robotnik
Wyznanie rzymskokatolickie

W 1939 r. mieszkałem przy ul. Gdańskiej, barak 11, gdzie mieszkała prawie sama ludność robotnicza. Mieszkali ze mną wtedy trzej moi synowie: Leon, Franciszek i Jan, a najstarszy syn Bernard mieszkał w baraku 13. 12 września 1939 r., kiedy myśmy już spali, mogło to być ok. godz. 10–11, zbudziło nas walenie do drzwi i hałas. Do izby naszej wpadli umundurowani Niemcy i kazali wszystkim wyjść. Jednym z Niemców był młody Münchau. Kiedy wyszedłem na podwórze, zauważyłem, że wszystkie baraki otoczone były przez około kilkudziesięciu Niemców i wszyscy ludzie zostali w ten sposób wypędzeni z mieszkań. Tylko kobietom i dzieciom pozwolono pozostać wewnątrz. Musieliśmy się wszyscy ustawić w rząd. Niemcy oświetlali poszczególnych latarkami i wybierali niektórych, każąc im stanąć w innym szeregu. Między innymi wybrano synów moich Bernarda (wówczas 36 lat) i Jana (19 lat). Z tego pierwszego rzędu odliczono dziesięciu i kazano im wejść na samochód ciężarowy. Między nimi znajdował się mój syn Jan. Dalszych kilkunastu, między którymi znajdował się mój syn Bernard, odprowadzono, wszystkim innym zaś kazano pójść do mieszkań.

Kto, poza Münchauem, ze znanych mi Niemców brał udział w obławie, nie wiem, gdyż było ciemno. Münchaua rozpoznałem jeszcze w mieszkaniu.

Nazajutrz, 13 września 1939 r., wrócił syn Bernard i opowiadał, że tą partię, w której się znalazł, odprowadzono do więzienia, że tam został pobity. Bernard przez kilka tygodni nie słyszał na prawe ucho. Początkowo nie domyślaliśmy się, co się stało z pierwszą partią, w której był syn Jan. Jeszcze po powrocie Bernarda żona, myśląc, że on znajduje się jeszcze w więzieniu, próbowała zanieść mu jedzenie. Nieżyjący już dziś dozorca Stoliński opowiedział żonie, że Jana Schnazy [Sznaze] tam nie ma, że bezskutecznie szukał go po celach. Wtedy zacząłem przypuszczać, że stało się z nim coś gorszego.

Po dwóch, trzech dniach zaczęły krążyć pogłoski, że ową pierwszą partię zabito w lesie. Udałem się wraz z niejakim Januszem na poszukiwania do lasu pod Kokoszkowy, lecz nigdzie nic nie znaleźliśmy. Później opowiedział mi robotnik Kowalski, zdaje mi się, że imieniem Franciszek, że syn mój leży zabity wraz z innymi w lesie pod Kokoszkowami. W niedzielę po aresztowaniu udałem się po południu wraz z żoną, Gędzierską [Gendzierską], Szamościukową i Grzybkiem, reszty nie pamiętam, do lasu pod Kokoszkowy, gdzie znaleźliśmy ciała owych dziesięciu zabranych na samochód. Zwłoki leżały w różnych pozycjach blisko siebie, tylko Gendzierski leżał kilka metrów dalej w krzaku. Pamiętam leżącego na wznak Józefa Grzybka, o ile pamiętam, z rozbitą czaszką, Leona Sosińskiego, który był kaleką bez lewej dłoni, leżącego bokiem, Gros[s]a, imienia nie pamiętam, Jana Szulza, Zygmunta Halbe. Czy widziałem Bronisława Pałkowskiego, Szamościuka i Cieślaka – nie przypominam sobie. Syn mój Jan leżał na boku z opuchniętym uchem i zakrwawioną szyją. Zwłoki syna przechyliłem na bok i wyjąłem jego wykaz osobisty, który okazuję. Inni, którzy ze mną byli, również rozpoznali swoich. Udaliśmy się wszyscy razem do domów.

Drugi raz nie udaliśmy się tam i nie pochowaliśmy swoich, ponieważ mieliśmy strach. Słyszeliśmy, że Niemcy postawili straż, a później, że ustawili tablice, że leżą tam Niemcy pomordowani przez Polaków. Czy tak było nie wiem, ponieważ sam tam nie chodziłem.