Dnia 25 sierpnia 1967 r. we Frący wiceprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Gdańsku Marian Multan przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka. Po uprzedzeniu o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania świadek zeznał, co następuje:
| Imię i nazwisko | Wilhelm Uliczek |
| Wiek | 73 lata |
| Imiona rodziców | Franciszek i Rozalia z d. Ledwig |
| Miejsce zamieszkania | Frąca, gr. Leśna Jania |
| Zajęcie | emeryt |
| Karalność | niekarany |
Do 1940 r. zamieszkiwałem we Frący i pracowałem w majątku Herberta Konrada. W listopadzie 1939 r. majątek ten objął nowy rządca, pochodzący z Gdańska, o nazwisku Gerlach.
Prawdopodobnie z uwagi na to, że miał on znajomego, który reflektował na objęcie po mnie obowiązków „szwajcara” w majątku, starał się mnie z pracy zwolnić. Dziedzic Konrad bronił mnie, ale jak mi mówił, nie jest w partii i rządca ma więcej do powiedzenia jak on. W tymże miesiącu w listopadzie doszło między mną a Gerlachem do sprzeczki, na zakończenie której Gerlach powiedział, że wszystko będzie dobrze.
Po jakimś czasie jeden z pracowników majątku powiedział mi, że mam się stawić na posterunku żandarmerii w Leśnej Jani. Zgłosiłem się do komendanta posterunku, ale ten powiedział, że u nich, to znaczy w żandarmerii jestem w porządku, ale jak się stawiłem do Leśnej Jani, to muszę pójść do pokoju, który mi wskazał. Zaznaczam przy tym, że na posterunku komendanta nie zastałem i jego żona powiedziała mi, że mąż jest w karczmie u Kolberga i tam go znajdę. Faktycznie zastałem tam komendanta i ten pokazał mi jeden z pokoi, gdzie mam się zgłosić.
Kiedy wszedłem, zastałem tam sześciu SS-manów. Zameldowałem im, że miałem się zgłosić na posterunku żandarmerii, ale komendant kazał mi się zgłosić w tym pokoju. Zapytali mnie o nazwisko i, kiedy im powiedziałem, jeden z nich, prawdopodobnie oficer, kazał innemu zaprowadzić mnie do aresztu przy posterunku żandarmerii i tam zamknąć.
Kiedy byłem w celi, usłyszałem pukanie w ścianę i po chwili mężczyzna będący w sąsiedniej celi powiedział, że nazywa się Szulc i pochodzi z Bydgoszczy oraz, że został wsadzony do aresztu za wymianę wełny na tłuszcz. Pytał mnie dalej, co mówił do mnie SS-man, który odprowadzał mnie do celi. Powiedziałem mu, że mówił, iż następnego dnia do Leśnej Jani przyjedzie sąd ze Starogardu i że będę osadzony. Na to powiedział on, że jutro rano nas zamordują w lesie.
Następnego dnia rano ok. godz. 3.00 SS-man zaprowadził nas z aresztu pod szkołę i tam do nas dołączył leśniczy z Kopytkowa Kurz [Kusch]. Miał on przewieszoną przez plecy dubeltówkę. Jak doszedł do nas, powiedział do SS-mana: „Masz tych dwóch”, a następnie: „Zaraz na brzegu lasu zastrzelimy ich”. SS-man miał przy pasie pistolet. Poprowadzili nas faktycznie w kierunku lasu pod Starą Janię. W pewnej chwili kazali nam podejść za rowem pod górę.
Kiedy żeśmy tam podchodzili, usłyszałem warkot motocykla i po chwili na miejsce dojechał oficer SA. Zapytał SS-mana, dokąd nas prowadzi. SS-man nic na to nie odpowiedział, zwrócił się wtedy do Kurza [Kuscha] z tym samym pytaniem. Kurz [Kusch] odpowiedział, że mają rozkaz nas zastrzelić. SA-man na to powiedział, że jak nas do Starogardu do sądu nie doprowadzą, to ich zastrzeli jak psów.
Ja znam doskonale język niemiecki, gdyż kończyłem niemiecką szkołę i byłem w niemieckim wojsku podczas pierwszej wojny światowej.
Zawrócili wtedy z nami do Starej Jani i pociągiem odwieźli nas do sądu w Starogardzie. Tam rozmawiał z nami prokurator Malten. Miał on jedną nogę sztywną. Nazwisko jego znam stąd, że moja córka u niego później pracowała w charakterze służącej. Kazał on nam jechać do domu.
Powróciłem do Frący i po kilku dniach Gerlach kazał mi opuścić mieszkanie, tak że musiałem przeprowadzić się do Kamionki.
Nazwiska SS-mana, który prowadził mnie na rozstrzelanie z Kurzem [Kuschem] nie znam. Nie znam także nazwisk innych SS-manów siedzących w karczmie u Kolberga.
Na tym protokół zakończono i przed podpisaniem odczytano.