FRANCISZEK SZCZEPIŃSKI

Dnia 14 marca 1968 r. w Sławnie podprokurator Prokuratury Powiatowej w Sławnie J. Jaskuła osobiście przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka. Po uprzedzeniu o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznanie świadek zeznał, co następuje:


Imię i nazwisko Franciszek Szczepiński
Dwód osobisty [...]
Data i miejsce urodzenia 1 grudnia 1897 r. w Barłożnie, pow. Starogard [Gdański]
Imiona rodziców Antoni i Marianna z domu Murawska
Miejsce zamieszkania Żydowo, pow. Sławno
Zajęcie rolnik
Karalność niekarany
Stosunek do stron obcy

Gdzieś dwa, względnie trzy dni przed Świętami Bożego Narodzenia w 1939 r., udałem się do sklepu w miejscowości, w której zamieszkiwałem, tj. w Barłożnie, pow. Starogard Gdański i tam sklepowej o nazwisku Bucholtz (imienia nie znam) narodowości niemieckiej powiedziałem, że nas oszukuje przy sprzedaży cukru, że pobiera jeden złoty za jedną drugą kilograma cukru, zamiast jeden złoty za jeden kilogram cukru i powiedziałem jej przy tym, że: „Przyjdzie jeszcze czas, to wy nas popamiętacie”. Rozmawiałem z nią w języku niemieckim.

27 grudnia 1939 r. – było to trzecie święto – przyszło do mnie czterech żołnierzy niemieckich w czarnych mundurach i kazali mi się z nimi zabierać tak jak jestem, nawet nie kazali się ubrać, gdyż mówili, że idziemy tylko do sołtysa. Ale kiedy wyszedłem już z mieszkania, żona wyrzuciła mi marynarkę przez okno. Następnie udaliśmy się do sołtysa Frantza Knobla, który był jednocześnie właścicielem miejscowej mleczarni i ja u niego pracowałem jako robotnik.

W mieszkaniu u Knobla oczekiwał na mnie komendant posterunku policji ze Skórcza o nazwisku Kister (imienia nie znam). Kister, kiedy tam wszedłem, uderzył mnie kilka razy ręką w twarz, chyba z pięć razy i powiedział przy tym, że przez nas Polaków przegrali pierwszą wojnę światową, ale teraz do tego nie dopuszczą. Po ciosach tych poszła mi krew z nosa. W drodze, kiedy mnie prowadzono do sołtysa, to funkcjonariusze SS też bili mnie skórzanymi bykowcami po plecach i tyłku. Do tyłu nie oglądałem się specjalnie, gdyż byłem oszołomiony i nie mogę powiedzieć, czy wszyscy mnie bili, ale jeden z nich szedł w przedzie przede mną. Z tych funkcjonariuszy znałem Schrӧdera i Konkela, a pozostałych nie. Niektórych funkcjonariuszy znałem, gdyż oni mieszkali w Barłożnie i gospodarowali na gospodarstwach zajętych po Polakach. W mundurach chodzili tylko służbowo.

Od sołtysa jeszcze tego samego dnia zawieziono mnie na posterunek policji do Skórcza. Tam dopiero komendant Kister powiedział mi, o co jestem podejrzany i pytał mnie, co ja miałem za zajście z Bucholtz. Nie pisał jednak, o ile dobrze sobie przypominam, żadnego protokołu.

Następnego dnia rano zostałem przewieziony przez dwóch funkcjonariuszy z posterunku w Skórczu do więzienia w Starogardzie Gdańskim. Jak mnie przekazywali do więzienia, to słyszałem, jak mówili do naczelnika więzienia, aby mnie dobrze pilnował, gdyż jestem niebezpiecznym więźniem. Jak ci funkcjonariusze odeszli, on zaczął rozmawiać ze mną po polsku i bardzo dobrze się ze mną obchodził. Mówiono o nim – inni więźniowie – że był Polakiem.

W więzieniu przez dziewięć dni siedziałem w jednoosobowej celi i w tym czasie byłem przesłuchiwany przez jakiegoś Niemca w cywilnym ubraniu, nie znam jego nazwiska ani stanowiska. Nie przyznałem się do tego, co faktycznie powiedziałem do Bucholtz, a powiedziałem mu, że miałem do niej tylko pretensje, że mnie oszukała przy sprzedaży cukru, kiedy cukier ten kupowałem za pośrednictwem dzieci. Mówiłem tak, gdyż pouczył mnie jak mam mówić, Fijałkowski, który siedział w tym więzieniu jeszcze z czasów polskich za nadużycia w Miejskiej Radzie Narodowej w Starogardzie; miał wyrok trzy lata.

Po dwóch dniach od przesłuchania w więzieniu odbyła się rozprawa w sądzie w Starogardzie i tam tak samo zeznawałem jak w więzieniu przed przesłuchującym mnie. Na rozprawie była też Bucholtz, ta, która doniosła o tym, co do niej powiedziałem, i córka Hüwe, ale wyczułem na tej rozprawie, że już tak bardzo na mnie nie zeznawały, chociaż potwierdzały to, co powiedziałem w sklepie. Ja powiedziałem na rozprawie, że mówiąc, iż mnie popamięta, miałem na myśli to, że mnie popamięta za to, że oszukała mnie na cukrze.

W wyniku tej rozprawy otrzymałem karę dwóch miesięcy aresztu. Jeśli dobrze pamiętam, to rozprawa odbyła się 9 stycznia 1940 r., a w dniu następnym zaraz otrzymałem więzienne ubranie i przewieziono nas kilku wozem konnym do majątku, który był oddalony ok. 30 km od Starogardu i tam był w tym czasie założony obóz pracy.

W majątku tym byłem zatrudniony przy obrządzaniu inwentarza. Było nas w obozie ok. 80 więźniów. Warunki żywnościowe, jak na więzienne, były dość dobre, na obiad i na kolację dawane były zupy w porcjach chyba po litrze, rano była gorzka czarna kawa i na dzień otrzymywaliśmy po pół kilograma chleba; tłuszczów żadnych nie otrzymywaliśmy.

W tym obozie spotkałem człowieka z Bukowca (oddalony od naszego obozu do pięciu kilometrów), lecz jego nazwiska nie przypominam sobie obecnie, który odbywał karę trzech, względnie czterech lat więzienia jeszcze sprzed wojny. Człowiek ten był starszym oborowym, a ja pracowałem jako jego pomocnik. Na drugi, względnie trzeci dzień pracy z tym oborowym powiedział mi, że kilka dni przed moim przyjazdem do obozu rozstrzelano dziesięciu więźniów. Mówił, że rozstrzelano ich bez powodu i bez żadnego sądu. Osoby do rozstrzelania wybrali przypadkowo w ten sposób, że najpierw kazali wszystkim ustawić się w szeregu na dziedzińcu, a następnie wybrali dziesięć osób. W tym dniu do obozu przyjechali w czarnych mundurach i oni to mieli zarządzić wybranie tych dziesięciu osób do rozstrzelania oraz sami go dokonali. Rozstrzelanie miało odbyć się za stodołą w naszym majątku i tam ci zabici mieli być zakopani. Kiedy tam poszedłem z ciekawości zobaczyć, to widziałem, ziemia była świeżo skopana za stodołą, w miejscu, gdzie właśnie miano ich pochować.

Później okoliczności te potwierdzali mi i inni więźniowie, którzy wszyscy przeważnie byli z okolicznych stron. Od któregoś też dowiedziałem się, że wśród funkcjonariuszy SS w czarnych mundurach rozpoznali Plene [Plehna] z Kopytkowa, pow. Starogard i drugiego ze Szpangawska [Szpęgawska], ale nazwisko tego drugiego zapomniałem. Przy rozstrzelaniu pozostałych więźniów nie było, gdyż po wybraniu tych do rozstrzelania, wszystkich pozostałych rozpuszczono.

Nazwisk osób, z którymi przebywałem w obozie pracy, nie przypominam sobie obecnie ani jednego. Obóz nasz mieścił się w miejscowości Wolental.

SS-mana o nazwisku Wilhelm Fast nie znam i nawet nie słyszałem takiego nazwiska.

Jak ja przebywałem w obozie, to nie było żadnych egzekucji na więźniach, a w każdym razie ja o tym nic nie słyszałem.

Kto zakopywał do ziemi osoby rozstrzelane wcześniej, nie wiem, gdyż nie mówiono mi.

Z obozu zwolniony zostałem pod odbyciu kary, gdzieś w końcu lutego 1940 r.

Na tym protokół zakończono i po odczytaniu podpisano.