JAN PAŁUBICKI

Dnia 11 lipca 1967 r. w Kościelnej Jani sędzia Sądu Powiatowego w Gdańsku mgr Stefania Bojarska przesłuchała niżej wymienionego w charakterze świadka. Po uprzedzeniu o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania świadek zeznał, co następuje:


Imię i nazwisko Jan Pałubicki
Urodzony 11 stycznia 1911 r. w Mościskach, pow. Starogard [Gdański]
Imiona rodziców Konrad i Józefa z d. Kolaska
Miejsce zamieszkania Kościelna Jania
Zajęcie rzeźnik
Karalność niekarany
Stosunek do stron obcy

Gdy wybuchła wojna w 1939 r., mieszkałem wraz z rodzicami w Jeżewnicy (obecnie Bukowiny, pow. Starogard, z tym, że przebywałem w Wojsku Polskim. Do Jeżewnicy wróciłem 20 października 1939 r. 23 października przyszedł do nas do domu miejscowy Niemiec, kowal o nazwisku Templin, zawiadamiając mnie, że mam się stawić na posterunku żandarmerii w Leśnej Jani, celem zdania polskiego munduru.

Do Leśnej Jani zawiózł mnie brat Bronisław Pałubicki furmanką. Gdy przyjechaliśmy, na posterunek wszedłem sam, brat poczekał na furmance. Ponieważ nie znałem języka niemieckiego, żandarmi wezwali dozorcę o nazwisku Gapa (obecnie nie żyje), by występował w charakterze tłumacza. Zapytali mnie o dane personalne, które spisali, po czym oświadczyli mi za pośrednictwem tłumacza, że jestem skazany na śmierć za kradzież konia od Niemca o nazwisku Emil Kein, zam. w Jaszczerku. Ponieważ o żadnej kradzieży nie wiedziałem, a Niemcy nie chcieli mnie wysłuchać, zapytałem jedynie, czy mogę wyjść do brata, by powiedzieć mu, żeby wrócił do domu i na mnie nie czekał. Na to Niemcy się zgodzili. Jeden z żandarmów wyprowadził mnie do brata i przekazałem mu jedynie wiadomość, że nie wracam do domu, mówiąc, aby sam pojechał.

Gdy wróciłem na posterunek, żandarmi, których nazwisk nie znam, oświadczyli mi, że zwolnią mnie od kary śmierci, jeśli w ciągu trzech godzin dostarczę Gapie dwieście złotych i dwie szynki wieprzowe. Zgodziłem się na warunki podyktowane przez Niemców, po czym pozwolono mi pójść do domu.

Czym prędzej udałem się pieszo do Jeżewnicy do ojca, powtarzając mu to, co słyszałem od Niemców. Ojciec, nie zastanawiając się, zaprzągł konie, pojechał do Osieka do prywatnego rzeźnika, kupił szynki i – mając przy sobie dwieście złotych – zawiózł wszystko do Leśnej Jani do dozorcy Gapy. Gdy spełnił to zadanie, wrócił do domu.

26 października 1939 r. o 8.00 rano ponownie przyszedł do nas do domu Niemiec Templin w mundurze SS oraz miejscowy Niemiec, Emil Steinborn, również w mundurze SS. Wymienieni kazali ojcu i mnie ubrać się i pojechać z nimi furmanką do leśniczego o nazwisku Kurz [Kusch], który był także Niemcem. Kurz [Kusch] miał swoją leśniczówkę w Kopytkowie, dokąd myśmy pojechali. Tam na miejscu zastaliśmy: Antoniego Zamorowskiego, byłego sołtysa z Bukowin, Własielewskiego wraz z córką z Długiego Lasu i Jutrowskiego.

W tej chwili przypomniałem sobie, że wraz ze mną i ojcem jechała do Kurza [Kuscha] również moja siostra Bronisława Rzoskowa, zamieszkała w Pszczółkach. Poza wymienionymi Polakami, zastaliśmy u Kurza [Kuscha] Niemców, których nazwisk nie pamiętam. Wiem, że ci Niemcy pochodzili z naszych okolic i znałem ich. Po chwili przyjechał na motorze leśniczy Kurz [Kusch]. Gdy nas zobaczył, zapytał Niemców, w jakim celu przywieźli do niego tych bandytów. Po krótkiej rozmowie przeprowadzonej z Niemcami Kurz [Kusch] wsiadł na bryczkę i pojechał w kierunku Witnika, zaś za nim pojechały dwie furmanki, na których znajdowali się wszyscy Polacy. Przywieziono nas do Kopytkowa, do majątku byłego oficera polskiego, który z chwilą wybuchu wojny okazał się Niemcem i nazywał się von Plehn. Tam zamknięto nas w piwnicy, w której znajdowali się już inni zatrzymani. Pamiętam, że spotkałem tam Rysia z Kamionki, Firyna z Bobrowca, Krupopa z Rynkówki, Ciesielskiego z Kamionki wraz z żoną i Czurłowską z Kamionki. Gdy nas zamknięto, była może godz. 15.00. O 22.00 wyprowadzano kolejno wszystkich zatrzymanych do biura. Tam zastałem większą liczbę SS-manów w czarnych mundurach oraz Niemców w cywilnych ubraniach z opaskami na rękawie. Nie pytano mnie o nic, tylko Niemcy rzucili się na mnie i w straszliwy sposób pobili, po czym wnieśli mnie z powrotem do piwnicy. O własnych siłach nie mogłem się poruszać. W taki sposób obchodzono się z nami przez pięć dni, przy czym nie podawano nam nic do jedzenia. Po pięciu dniach zajechał na teren majątku Leon Muszyński (zam. do dzisiaj we Frący) i zatrzymał wóz drabiniasty przed piwnicą, w której przebywaliśmy. Po chwili Niemiec o nazwisku Emil Steinborn (był w mundurze SS) otworzył piwnicę i powiedział: „Na was nadszedł już czas, wy polskie świnie”. Następnie oświadczył, że wszyscy zostaniemy przewiezieni do Starogardu do więzienia i ostrzegał przed próbą ucieczki, podkreślając, że każdy z nas w wypadku podjęcia takiej próby zostanie zastrzelony.

Jechaliśmy przez Skórcz, gdzie Niemcy, którzy nas konwojowali, ogłaszali ludności, że jesteśmy bandytami złapanymi w lesie. Zabronili komukolwiek podchodzić do nas. Tego samego dnia zajechaliśmy do Starogardu. W więzieniu na dziedzińcu zauważyłem Kurza [Kuscha], który tłumaczył Niemcom znajdującym się w naszym pobliżu, że zostaliśmy złapani jako partyzanci w lesie. Z podniesionymi rękoma zaprowadzono nas do biura, gdzie spisano nasze dane personalne. Następnie Niemcy przeprowadzili rewizję osobistą, odebrali nam wszystkie rzeczy z kieszeni i to w taki sposób, że sami musieliśmy te rzeczy wyjąć z kieszeni i rzucić na podłogę. Po chwili kazano nam je zbierać. W czasie tej czynności zostaliśmy znowu pobici i zamknięto nas w celach separatkach. Po czterech dniach wygoniono nas z cel na korytarz, gdzie zostaliśmy ogoleni, po czym odbyła się zbiórka na dziedzińcu. Tam odliczono 20 mężczyzn i dwie kobiety, przy czym wyjaśniono, że osoby te zostaną zwolnione. Ja przebywałem w więzieniu do 12 stycznia 1940 r. Nie byłem bity w czasie pobytu w więzieniu.

Dzięki interwencji matki zostałem zwolniony 12 stycznia 1940 r. i to razem z ojcem.

Siostra moja Bronisława została zwolniona z Kopytkowa, nie wiem, w jakich okolicznościach.

W więzieniu w Starogardzie nie znałem Niemców. Widziałem tam jedynie Kurza [Kuscha] i to pierwszego dnia, gdy nas przywieziono.

Na tym protokół zakończono i po odczytaniu podpisano.