Dnia 28 stycznia 1969 r. w Leśnej Jani wiceprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Gdańsku Wacław Ciechociński przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka, bez odebrania przyrzeczenia. Po uprzedzeniu o prawie odmowy zeznań (art. 94 kpk) i o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania świadek zeznał, co następuje:
| Imię i nazwisko | Tadeusz Orłowski |
| Wiek | 32 lata |
| Imiona rodziców | Alfons i Agnieszka |
| Miejsce zamieszkania | Smętowo, pow. Starogard Gdański |
| Zajęcie | dyżurny ruchu PKP |
| Karalność | niekarany |
W 1939 r. rodzice moi zamieszkiwali w Smętowie. Miałem wówczas dwa i pół roku. Z opowiadania babki wiem, że w listopadzie 1939 r. rodzice moi, ojciec i matka, wezwani zostali do stawienia się na posterunku policji hitlerowskiej w Leśnej Jani. Na posterunek zostało na ten dzień wezwanych dużo osób, mieszkańców okolicznych wiosek. W Leśnej Jani wszystkich wezwanych wsadzono na wozy konne i powieziono pod eskortą Niemców ze wsi Bobrowiec, ubranych w czarne mundury, do Skórcza. Podczas drogi w miejscowości Stara Jania ojciec wyrzucił na drogę obok stojących kobiet kartkę adresowaną do dziadków. Kartka ta została doręczona. Ojciec pisał do dziadków, by udali się do naszego domu i zabrali do siebie mnie oraz mego siedmioletniego brata, a ponadto, by opiekowali się nami do czasu ich powrotu. Rodzice już nie powrócili.
Po wojnie, w 1947 r., razem z babką pojechałem do lasów szpęgawskich, gdzie były mogiły pomordowanych przez hitlerowców Polaków. Wśród ok. 40 osób zamordowanych złożonych do jednej mogiły babka nie znalazła zwłok moich rodziców. Ciała pomordowanych złożone w innych wspólnych mogiłach hitlerowcy zdążyli już spalić.