ZOFIA MANUSZEWSKA

Dnia 19 lutego 1969 r. w Elblągu podprokurator Prokuratury Powiatowej mgr L.A. Kamirski osobiście przesłuchał niżej wymienioną w charakterze świadka. Po uprzedzeniu o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania świadek zeznała, co następuje:


Imię i nazwisko Zofia Łucja Manuszewska z d. Manikowska
Urodzona 6 czerwca 1925 r. w Leśnej Jani, pow. Starogard Gdański
Imiona rodziców Franciszek i Łucja z d. Kozłowska
Miejsce zamieszkania Elbląg, [...]
Zajęcie pracownica fizyczna w Zakładach Młynarskich w Elblągu
Karalność niekarana
Stosunek do stron obca

W kwietniu 1939 r. wraz z rodzicami i rodzeństwem zamieszkałam w miejscowości Leśna Jania w pow. Starogard Gdański i mieszkaliśmy tam przez cały okres trwania drugiej wojny światowej.

W odległości ok. 300 m od naszego domu we wrześniu 1939 r., po zajęciu Leśnej Jani przez Niemców, został założony posterunek niemiecki. Co to byli za Niemcy na tym posterunku, nie wiem. Widziałam, jak kręcili się tam Niemcy w różnych mundurach – zielonych, żółtych, czarnych i jeszcze innych. Na posterunku tym przebywali więźniowie polscy. Nieraz słychać było stamtąd jęki i krzyki. Słyszałam, że w lesie Witnik obok Leśnej Jani odbywały się egzekucje Polaków.

Osobiście kiedyś w październiku 1939 r. w godzinach popołudniowych, będąc na polu koło lasu Witnik, widziałam, jak Niemcy prowadzili 18 młodych ludzi do lasu.

Wiem, że było ich 18, ponieważ ich liczyłam. Niemców było pięciu lub sześciu.

W jakich mundurach byli, nie pamiętam. Niemców tych nie znałam ani z imienia, ani z nazwiska. Jak już zeznałam, byłam w tym czasie na polu – kartoflisku należącym do właściciela majątku ziemskiego w Leśnej Jani Kunkela [Konkela]. W tym czasie ok. stu ludzi kopało na tym polu kartofle. Nie pamiętam tylko, czy ja też kopałam te kartofle, czy akurat poszłam na pole z podwieczorkiem dla kogoś z mojej rodziny, kto kopał kartofle.

Niemcy prowadzili tych młodych mężczyzn od strony posterunku w Leśnej Jani. Mężczyźni ci, idąc, mieli ręce założone do tyłu za szyję i trzymali w nich jakieś worki. Co było w tych workach, nie wiem. Ojciec mówił, że był w nich chyba piasek.

Po wejściu Niemców z tymi mężczyznami do lasu Witnik usłyszałam strzały. Były to całe serie strzałów. Dodaję, że Niemcy z tymi ludźmi przechodzili obok nas, gdzieś może w odległości 400 m, a może i bliżej, ścieżką przez łąki do szosy, a potem szosą do lasu. Szosa ginęła w lesie i nie widziałam, żeby Niemcy z tymi ludźmi schodzili z szosy. Po pewnym czasie tą samą drogą wracało pięciu czy sześciu Niemców, ale nie mogę stwierdzić, czy to byli ci sami, co prowadzili młodych ludzi do lasu. Tych młodych mężczyzn już nie widziałam. Czy oni zostali faktycznie rozstrzelani i czy tam, gdzie ich rozstrzelano, zostali pochowani, nie wiem.

Ludzie wszyscy byli przerażeni, zastraszeni i nie rozmawiali przynajmniej ze mną na ten temat, tak że nie wiem, czy ktoś widział miejsce, gdzie zostali ci młodzi ludzie pochowani.

Świadkiem naocznym żadnej egzekucji nie byłam.

Odczytano.