FRANCISZEK MANIKOWSKI

Dnia 4 lutego 1969 r. w Leśnej Jani wiceprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Gdańsku Marian Multan przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka. Po uprzedzeniu o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania świadek zeznał, co następuje:


Imię i nazwisko Franciszek Manikowski I [sic!]
Wiek 73 lata
Imiona rodziców Franciszek i Marianna z d. Bębicka
Miejsce zamieszkania Leśna Jania, pow. Starogard Gdański
Zajęcie rencista
Karalność niekarany
Stosunek do stron obcy

Od 1937 r. pracowałem jako stróż nocny w majątku ziemskim w Leśnej Jani stanowiącym własność Otto Karla Konkela. W tym samym charakterze pracowałem u niego i przez cały okres okupacji hitlerowskiej.

Około czterech miesięcy przed wybuchem wojny niemiecko-polskiej Konkel wyjechał do Gdańska. Wrócił we wrześniu 1939 r., po trzech dniach od zajęcia naszych terenów przez wojska hitlerowskie.

Przez cały okres okupacji zamieszkiwałem w budynku odległym od byłego posterunku Policji Państwowej o ok. sto metrów w linii prostej. W pomieszczeniach tego posterunku w pierwszych dniach września 1939 r. zakwaterowali SS-mani w siwych mundurach. Jak sobie przypominam, było ich sześciu. Widziałem, jak trzej z tych SS-manów prowadzili dwóch młodych, wysokiego wzrostu mężczyzn. Wydaje mi się, że byli to dwaj bracia Soleccy pochodzący ze Starej Jani. Mieli oni podniesione do góry ręce, a SS-mani wszyscy mieli karabiny dwóch w rękach, a trzeci na pasie na ramieniu. Jeden z nich, jak widziałem, z karabinu strzelał prowadzonym pod nogi. Widziałem, że doprowadzili ich do piwnicy w budynku zajmowanym przez rządcę majątku Konkela o nazwisku Seel. Słyszałem potem dobiegające z piwnicy jęki i krzyki bitych ludzi. Kiedy SS-mani po zamknięciu jej na kłódkę odeszli, przeszedłem w pobliżu tej piwnicy i słyszałem rozmowy osadzonych tam Polaków. Wywnioskowałem z tego, że hitlerowcy trzymali tam więcej ludzi. Nie wiem, co się dalej stało z osadzonymi w piwnicy.

SS-mani ci stacjonowali w Leśnej Jani ok. tygodnia. Żeby w tym czasie kogoś hitlerowcy zamordowali, nie słyszałem. W jakiś czas po ich odjeździe budynek, gdzie kwaterowali, został zajęty przez żandarmów na posterunek. Żandarmów było w początkowym okresie dwóch. Jeden z nich nazywał się Buchbach.

Jednego dnia wieczorem widziałem, jak hitlerowcy wyprowadzili przed posterunek siedmiu Polaków. Rozpoznałem między nimi jednego, Felskiego ze Smętowa. Był on wysokiego wzrostu i widziałem go poprzednio przed aresztem.

Z hitlerowców nie rozpoznałem nikogo. Byli w cywilnych ubraniach i mundurach.

Ustawili tych Polaków w dwójki, dali im worki, które musieli trzymać z tyłu przy karku i poprowadzili ich w kierunku lasu Witnik. Po drodze widziałem, że hitlerowcy ich zatrzymali i musieli do worków nasypać piasek. Z pełnymi już workami na plecach poprowadzili ich drogą w kierunku lasu. Po kilku minutach usłyszałem dobiegającą z tego kierunku serię pojedynczych strzałów. Ludzie potem mówili, że zostali oni w Witniku zamordowani.

Od początku okupacji Amtskommissarem w Leśnej Jani był Konkel. Jeszcze przed nim przyjechali z Gdańska dwaj SA-mani. Jeden z nich nazywał się Erich Kolberg. Wydaje mi się, że oni dwaj właśnie sprawowali w tym pierwszym okresie okupacji władzę. Koło budynku posterunku żandarmerii była przybudówka, w której mieścił się areszt. Przetrzymywano w nim aresztowanych Polaków. Widziałem, jak codziennie SS-mani i SA-mani na placu przed aresztem bili pałkami Polaków. Zwykle otaczali grupę aresztowanych, kazali im skakać przez płoty, biegać i bili.

Opowiadały mi córki: Franciszka Gibas, zamieszkała obecnie w Elblągu, [...] i Zofia Manuszewska, zamieszkała obecnie również w Elblągu, przy [...], że w czasie, gdy kopały kartofle na polu, widziały jak Kolberg i ten drugi SA-man prowadzili w kierunku lasu Witnik dwóch młodych chłopców, pochodzących prawdopodobnie z Gdyni. Zastrzelili ich na polu przed lasem. Córki to widziały.

Opowiadała mi żona Łucja (nie żyje), że widziała, jak ci sami dwaj hitlerowcy prowadzili do lasu Witnik Łobockiego z Kamionki.

We wrześniu 1939 r. widziałem, jak drogą w kierunku Twardej Góry dwaj cywilni hitlerowcy z karabinami prowadzili dwóch mężczyzn, z których jednego znałem i wiem, że nazywał się Gutkin, pochodził ze Skórcza. Słyszałem potem od ludzi, że zostali oni zamordowani koło Rychławy na polu.

W październiku 1939 r. widziałem, jak Kusch wiózł samochodem szosą w kierunku Kopytkowa Gracka, Kotowskiego i Bruchwalskiego. Ludzie potem mówili, że widzieli ich w Kopytkowie w piwnicy pałacu.

W listopadzie tegoż roku w godzinach rannych, kiedy schodziłem ze służby w majątku, widziałem, jak sprzed posterunku odjeżdżały dwa duże wozy pełne ludzi. Było jeszcze wtedy ciemno i nikogo z Polaków ani też z hitlerowców, którzy ich eskortowali, nie rozpoznałem. Słyszałem potem od ludzi, że wywieźli wtedy Czortka z Rynkówki.

Konkel był oficerem SA. Nie wiem nic bliżej na temat jego działalności na naszym terenie. Słyszałem od ludzi, że Gracek, Kotowski i Bruchwalski procesowali się z Kuschem w okresie międzywojennym. Chodziło im o to, że Kusch w czasie, kiedy pracowali jako robotnicy leśni u niego w leśnictwie, za mało im wypłacał pieniędzy za pracę. Kusch ten proces przegrał. Prawdopodobnie z zemsty za to spowodował osadzenie ich w Kopytkowie i zamordowanie.

Na tym protokół zakończono i przed podpisaniem odczytano.