Dnia 23 lutego 1968 r. w Leśnej Jani wiceprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Gdańsku Marian Multan przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka. Po uprzedzeniu o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania świadek zeznał, co następuje:
| Imię i nazwisko | Józef Gawlik |
| Wiek | 49 lat |
| Imiona rodziców | Michał i Anna z d. Nowotna |
| Miejsce zamieszkania | Kamionka, gr. Leśna Jania |
| Zajęcie | rolnik |
| Karalność | niekarany |
| Stosunek do stron | obcy |
W początkowym okresie okupacji hitlerowskiej zamieszkiwałem w Rynkówce, gm. Leśna Jania, pow. Starogard Gdański. Ojciec mój w tym okresie posiadał jeszcze gospodarstwo rolne, w którym razem z nim pracowałem.
8 lub 9 września 1939 r. do naszego domu przyjechali na koniach: leśniczy z lasów należących do majątku ziemskiego w Rynkówce, będącego własnością Juliana von Plehna – Julian Krauze oraz nieznany z nazwiska SS-man w czarnym mundurze. Mnie w tym czasie w domu nie było. Przeprowadzili oni w domu rewizję i zapowiedzieli rodzicom, że jeśli się następnego dnia nie stawię o godz. 8.00 na posterunku żandarmerii w Leśnej Jani, to wykończą całą rodzinę.
Kiedy przyszedłem wieczorem do domu, rodzice mi o tym powiedzieli i następnego dnia rano, obawiając się represji w stosunku do mojej rodziny, stawiłem się na posterunku żandarmerii.
„Przyjął” mnie tam ówczesny Amtskommissar w Leśnej Jani, Konkol [Konkel] – miejscowy Niemiec, właściciel majątku ziemskiego w Leśnej Jani. Na wstępie uderzył mnie kolbą karabinu w twarz, wybijając zęby, a następnie jeszcze kilka razy, tak że straciłem przytomność. Odzyskałem przytomność dopiero w areszcie, do którego mnie w międzyczasie zanieśli. Cela, w której mnie osadzono, miała ok. metra szerokości i dwa metry długości. Przebywało w niej 12 osób. Pamiętam nazwiska niektórych osób, które razem w tej celi przebywały. Byli to: Władysław Klasa z Rynkówki, Antoni Partyka z Lisówka i jego ojciec Konrad Partyka, Bronisław Grochowski z Lisówka, Jan Kirszteinstein z Rynkówki. W areszcie przebywaliśmy przez kilka dni. SS-mani systematycznie kilka razy dziennie nas bili.
Prostuję: SA-mani, w żółtych mundurach. Rano robili dla nas tzw. śniadanie, polegające na tym, że czterech SA-manów kolejno trzymało nas przed aresztem, a dwóch biło pałkami. Kiedy bity tracił przytomność, zanosili go do celi i wyprowadzali następnego. W porze obiadowej wykonywaliśmy tak zwane ćwiczenia gimnastyczne, polegające na podnoszeniu na komendę kamieni do góry i robieniu przysiadów. Kiedy po pewnym czasie takich ćwiczeń słabliśmy, wtedy znowu nas bili pałkami i kolbami karabinów. Raz dziennie dawali nam do jedzenia po kawałku chleba i przy tym musieliśmy zawsze zjeść łyżkę soli. Do picia nic nie dawali. Często w nocy i w dzień SA-mani pytali nas, czy chcemy pić i otwierali celę. Wszyscy wybiegaliśmy do pompy przy areszcie, ale tam byli inni SA-mani i bili nas pałkami, nie pozwalając napić się wody.
Jednego dnia przed wieczorem wyprowadzili nas z aresztu. Grochowski w celi przebywał bez butów i wyszedł wtedy boso przed areszt. Zapytał Kuscha: „Czy nie pójdziemy gdzieś dalej, to założę buty?”. Odpowiedział mu na to, pokazując na las Witnik: „Do tego lasu jest blisko, a tam cię ziemia przykryje i buty nie będą potrzebne”. Zrozumieliśmy wtedy, że zaprowadzą nas do lasu i tam zamordują. Po chwili poprowadzili nas w kierunku lasu Witnik. SA-manów mogło być przy nas 15. Wszyscy byli uzbrojeni. Znałem nazwiska tylko trzech z nich, Wilka – leśniczego z Frący, Juliana Krauze i Kuscha. W połowie drogi do lasu podjechał do eskortujących nas SA-manów mężczyzna na koniu i zatrzymali nas. Po chwili jeden z SA-manów kazał mnie, Antoniemu Partyce, Władysławowi Klasie, Janowi Kirsztensteinowi i – jak sobie obecnie przypominam – jego bratu oraz dwóm młodym chłopcom pochodzącym z Białegostoku odejść na bok i Krauze poprowadził nas z powrotem do aresztu. Pozostałych pięciu mężczyzn, z których znałem Konrada Partykę i Bronisława Grochowskiego, pozostali SA-mani poprowadzili do lasu.
Kiedy byliśmy już w celi, słyszeliśmy strzały seryjne i pojedyncze. Domyśliliśmy się, że tych pięciu Polaków zamordowali w lesie. Część SA-manów, którzy wymienionych prowadzili do lasu, jak się potem dowiedziałem, pochodziła z Bobrowca.
Następnego dnia SA-mani nas, pozostałych, przewieźli wozem do pracy w majątku ziemskim w Barłożnie III. Administratorem tego majątku był Stige pochodzący z okolic Skórcza. Pracowaliśmy tam do grudnia 1939 r. Następnie zwolnili nas do domu.
W czasie, kiedy jeszcze przebywałem w areszcie w Leśnej Jani, przypominam sobie, że jednego dnia, kiedy staliśmy przed aresztem pod murem z podniesionymi do góry rękoma, drogą przechodził nieznany mi mężczyzna, który nie pozdrowił pilnujących nas SA-manów. Kazali mu podnieść rękę do góry z hitlerowskim pozdrowieniem. Podniósł on lewą rękę. SA-mani strasznie go za to zbili. Wydaje mi się, że go zabili. Bili go kolbami karabinów, a kiedy się przewrócił, kopali po twarzy i całym ciele. Później go gdzieś wynieśli. Współwięźniowie mówili, że pochodził on z Kościelnej Jani.
Na tym protokół zakończono i po odczytaniu podpisano.